Za chlebem

"Za chlebem. Jerzy Konrad Maciejewski" Karta nr 73

Warszawska rodzina Jerzego Konrada Maciejewskiego odkryła przed nami w jego osobie niezwykłego kronikarza XX wieku. Nie było w Polsce wielu ludzi, którzy z takim oddaniem relacjonowaliby na bieżąco kolejne etapy naszej historii. Regularne zapisy dziennikowe Maciejewski zaczął prowadzić jako 16-latek, całe świadectwo jego życia to wielotomowy zbiór rękopisów i maszynopisów. Spuścizna ta nie ogranicza się do niepublikowanych dotąd dzienników (1915–18 i 1939–49) i wspomnień, obejmuje także dorobek dziennikarza, twórcy powieści i opowiadań.

Przedstawiamy początkowy fragment tej szczęśliwie ocalonej (zagrożonej nie raz w XX wieku) epopei, opisujący dzieciństwo Autora do 1913 roku. Jego decyzja o podjęciu takiej retrospekcji pojawiła się w październiku 1924. Korzystając z rodzinnych dokumentów, odtworzył wtedy w Księdze Rodu losy swoich przodków.

25-latek, który dawne zapisy spaja swoim komentarzem, przy tym wiernie trzymając się biegu rzeczy – zachwycił nas. Nie domyślał się zapewne, że jakaś redakcja po blisko 90 latach odnajdzie w nim prekursora własnego sposobu opowiadania historii. (Red.)

Przyznać muszę, że moje wiadomości o naszej rodzinie są nad wyraz skąpe. Najlepszym dowodem jest fakt, że nie wiem, jak było na imię memu pradziadkowi! No, informować mnie nie było komu. Póki żył Ojciec, byłem mały; kiedym zmądrzał – Tatusia już nie było, Mama niewiele więcej wie ode mnie, a stryjowie... Ci mają na względzie tylko business. [...]Podobno pradziadek miał na imię Felix i pracował w stolarstwie, ale nie jako czeladnik, uchowaj Boże! My są zacna rodzina drobnomieszczańska, która dopiero od czasów niepodległej Polski i... spadku waluty wypływa na wierzchy. Więc Felix był sobie majstrem, coś robił przy fortepianach czy szpinetach*. [...] Jednym z synów pradziadka o niepewnym imieniu był dziadek Julian, który przyszedł na świat w roku pańskim 1842 [...].

Za żonę pojął Emilię z Wodczyńskich i owocem tego związku były dzieci: Konstanty, Helena, Zofia, Julia, Stanisława, Leon, Franciszek, Władysław, Aleksander, Józef, Maria. Księga Rodu pisana jest już przez syna Konstantego – Jerzego, więc się samo przez się rozumie, że zajmę się wyłącznie rodowodem Konstantego.

[...]

Ponieważ dziadek Julian był majstrem cechowym cechu stolarzy, chciał tedy w swym synu widzieć następcę i na te ścieżki skierował kroki mego Ojca. Dla uzupełnienia swego wykształcenia zawodowego bawił Tatuś za granicą – w Berlinie, Wiedniu i rzeczywiście w fachu swym był artystą. Posiadał, oprócz ujmującej powierzchowności, duży zasób wrodzonej inteligencji, umiejętność obcowania z ludźmi i... podbijania serc niewieścich[...].

Gdzieś w jakimś towarzystwie spotkał młodą pannę, córkę przedsiębiorcy dorożkarskiego, człowieka dosyć zamożnego, pannę Marię Rudy vel Rudolf. Panna była przystojna, wykształcona, vox populi głosił, że w wianie przyniesie wybrańcowi pokaźny posag. Ojciec jej, Szymon Rudolf, solidny jegomość, typ niestety już wygasły na bruku warszawskim. Matka (macocha) zacności niewiasta i choć rodzina prawosławna, to tylko powierzchownie, gdyż wyznanie wschodnie obce im było i narzucone. Między młodymi zawiązała się znajomość, przyjaźń, potem i miłość, czy o jednakowym napięciu z obu stron – nie wiem. Tak rodzice panny, jak i mego Ojca, byli przeciwni związkowi, głównym motywem było właśnie wyznanie. Projektowany związek parę razy „zawisał na włosku”, wreszcie uzgodniono wszelkie różnice (być może tylko z grubsza) i ślub się odbył [...].

Przytoczę zatem tłumaczenie intercyzy przedślubnej zredagowanej w języku rosyjskim. Zrobi mi to niejaką trudność, lecz już w obecnym pokoleniu znajomość mowy naszych niedawnych gnębicieli jest tak nikła, że mam pewność, iż nawet brat mój Michaś, urodzony na Ukrainie, nie zrozumiałby nawet pięciu słów.

Wyciąg z Aktów Notarialnych Podług rejestru za rok 1895, nr 1392 Tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego piątego roku, 27 kwietnia/9 maja, do mnie, notariusza przy hipotecznych kancelariach Sędziów Pokoju miasta Warszawy, Józefa, syna Jana, Staniszewskiego, do kantoru mego, znajdującego się w domu pod nr. 8/482 na ulicy Miodowej w Warszawie, zjawili się: sprzedawca – majster stolarski Konstanty, syn Juliana, Maciejewski, pod nr. 8 przy ulicy Nowy Świat, i pełnoletnia panna Maria, córka Szymona Rudolf vel Ruda, pod nr. 2/4 przy ulicy Mariensztadt, oboje w Warszawie zamieszkali, z nich Maria Rudolf vel Ruda osobiście mi znana i do prawnych działań zdolna, a Konstanty Maciejewski osobiście mi nieznany i jako nieposiadający osobiście mi znanych recognoscentów [świadków] legitymujący swoją tożsamość książką (dowodem osobistym) [...]. Konstanty Maciejewski i Maria Rudolf vel Rudy oświadczyli, że oni, zamierzając wstąpić w związki małżeńskie, urządzają swe wzajemne stosunki majątkowe na czas małżeńskiego pożycia w poniżej podany sposób, a mianowicie: że cały dobytek, jaki każde z przyszłych małżonków w obecnej chwili posiada, jak również dobytek, który każde z nich otrzyma w spadku lub na zasadzie testamentu, będzie zawsze stanowić ich osobistą własność ze względu na to, które z nich w danej chwili majątek ten posiada lub któremu w przyszłości dobytek ten będzie przekazany drogą spadku, darowizny lub testamentu, że cały dorobek osiągnięty przyszłymi małżonkami wszelkimi innymi sposobami oprócz wyżej wymienionych, zarobiony imi wspólną pracą i staraniem, będzie zawsze wspólną ich własnością, bez względu na to, które z nich ten dobytek zdobędzie. Maria Rudolf vel Rudy świadczyła, że na obecny jej posag, który ona wnosi do domu swego przyszłego małżonka, składa się:

a) gotówką suma 2 tysiące rubli,
b) kosztowności, a mianowicie złoty damski kieszonkowy zegarek oraz brylantowe kolczyki, wartości 100 rb.,
c) garderoba, bielizna damska i stołowa, pościel – wartości 300 rb.,
d) meble, sprzęty domowe i kuchenne, wartości 700 rb., podług poniższego spisu:
1) garnitur mebli składający się z kanapy, 6 krzeseł, 2 foteli (imitacja orzecha) krytych zieloną materią i stołu przed kanapą (imitacja orzecha),
2) fortepian, z czarnego drewna, fabryki Hoffera,
3) duże lustro w czarnych ramach z toaletą i konsolą,
4) kredens dębowy,
5) szafa na ubrania, o dwóch drzwiach (imitacja orzecha),
6) zegar szafkowy, ścienny (regulator),
7) duży, strzyżony dywan na podłogę,
8) dwa małe dywany ścienne,
9) maszyna do szycia,
10) samowar tombakowy z takąż tacą i imbrykiem,
11) miedziane, blaszane i żelazne naczynia kuchenne.

Konstanty Maciejewski oświadczył, że on wszystek wyżej wymieniony dobytek przyszłej swej żony Marii Rudolf vel Rudy, tak gotówką – sumę 2 tysięcy rubli, jak kosztowności, garderobę, bieliznę osobistą i stołową, pościel, meble, domowe ruchomości i sprzęt kuchenny, ogólnej wartości 1100 rubli – przedstawiające posag lub małżeński ekwipunek ogółem na sumę 3100 rubli, otrzymał już w swe posiadanie od tejże przyszłej żony swej Marii Rudolf vel Rudy, jak to sam przyznaje, przed podpisaniem tego aktu, po otrzymaniu takowego podpisuje się i zabezpiecza cały jej wymieniony dobytek całym swoim ruchomym i nieruchomym majątkiem, zaś swego obecnego dobytku w tym akcie nie wskazuje.

Nie pomogła intercyza, gdyż już w parę lat stosunki materialne, pomimo licznych zapomóg ze strony rodziców Mamy, stawały się coraz gorsze. Przeprowadzano się z mieszkania do mieszkania, ale w coraz to pośledniejszej dzielnicy, wsiąkła gdzieś gotówka, poszła do lombardu biżuteria i wszystko, co tylko zastawić było można. Z jakąś dziwną lekkomyślnością czy też z obojętnością kamienia staczającego się w przepaść Ojciec robił długi, aż w końcu dalszy pobyt w Warszawie stał się niemożliwy, wierzyciele stawali się zbyt natarczywi. A przecież był dobrym i zdolnym majstrem, wykonał meble dla Politechniki, robił je dla hrabiego Z., miał warsztat, czeladników, pieniądze z posagu...

Pierwsze dziecko na świat przyszło nieżywe, potem w 1897 roku urodziła się Zocha, wreszcie w niedzielę, o godzinie 10.00 rano, dnia 22 stycznia 1899 roku, ja, autor Księgi Rodu. Po mnie urodził się Stefuś, kochane dziecko, złotowłosy i niebieskooki aniołek, który przez lekkomyślność służącej przeziębiony umarł 29 lipca 1902 o godzinie 4.15 rano. To było ciosem przepełniającym czarę niepowodzeń życiowych Ojca.

Jeden ze znajomych, niejaki pan Kazimierz Ciechomski, który później rzucił pierwszy cień na me słoneczne dzieciństwo – wzywał Ojca do fabryki metalurgicznej „Russkij Prowidans” pod miastem Mariupolem, położonej nad Morzem Azowskim. Stosunki między Rodzicami, wskutek coraz gorszych warunków bytowania i zupełnej rozbieżności charakterów, stawały się coraz gorsze, bardziej dalekie, czasami wręcz wrogie. Tymczasem umarła babcia Rudolfowa, druga żona dziadka Rudolfa. I ten, wbrew wszelkim oczekiwaniom, ożenił się z daleką krewną, młodą dziewczyną, którą sprowadził z Litwy, skąd sam pochodził. Panna imieniem Nadzieja Szczęsna, z folwarczku Sućkowo pod Smorgoniami, swą świeżością i ładną budową ciała podbiła serce i zmysły jurnego starca. [...]

Zaczynała się podwójna gra. Ożenił się! Wiadomość ta wywołała oburzenie ze strony Mamy i szczególniej Ojca, dla którego w ten sposób usuwała się ostatnia deska ratunku. A nowa ciocia-babcia energicznie, a z litewskim sprytem, wzięła się do rzeczy. W chwilach miłosnych uniesień zapewne uzyskała przepisanie na swe imię majątku ruchomego, na nieruchomość na Pelcowiźnie* podstawiła kupców, doprowadziła do licytacji i nabyła na swoje imię. Fortuna Szymona Rudolfa, zdobyta ciężkim trudem, topniała bardzo szybko, przybywały natomiast dzieci: Konstanty, Stefan i Zofia, ale to już późniejsza historia... [...] A od paru lat na horyzoncie jego trzeciej żony wschodziła nowa gwiazda – pan Bielecki. [...]

Zamieszkaliśmy na Pelcówce już w domu ciotki, gdzie ja toczyłem z Kostusiem swoje walki o prawo zbierania orzechów w sadzie owocowym.

Zaś Tatuś wyjechał na Ukrainę. Miał nas stamtąd po ustaleniu się warunków zawezwać, w okresie dzielącym go od naszego przyjazdu pisywał listy, które w całości przytaczam jako najlepiej obrazujące ówczesny stan jego duszy i stosunków małżeńskich. [...]

Prowidans, 2/15 lipca 1903

Droga, Kochana Maniuś!

Dziękuję Ci bardzo za przysłanie odzieży i rozmaitych rozmaitości. Co prawda, moje dziecko, do dnia dzisiejszego jeszcze posyłki z kolei nie odebrałem, najprędzej za tydzień i jeszcze to będzie prędko.

Moja droga, teraz następuje najważniejsza historia. Otóż stawiam Ci ultimatum. Jeżeli w przeciągu dwóch tygodni nie przyjedziesz, ja wracam do Warszawy, takie życie bowiem, jak ja obecnie prowadzę, nie jest do niczego podobne. Ty tam się męczysz, ja tutaj cierpię niewygodę i brak. Więc po głębszym namyśle powiadam – przyjeżdżaj. Pieniądze, które Ci posyłam przy niniejszym, są krwawo, prawdziwie krwawo zapracowane, bo potu mojego na nich dużo i niewygody i brak wszelkich potrzeb najważniejszych składały się na nie. Moja droga, zrób, jak uważasz, czy chcesz wykupić rzeczy u chłopa. Zostaw najpotrzebniejsze, bieliznę, a resztę, tj. łóżko, stoliki i maszynę, sprzedaj i przyjeżdżaj. Ja natychmiast po odebraniu skrzyni odeślę Ci podpisany papier do pasportu.

Widzę jednak z listów, że niepilno Ci tutaj przyjeżdżać, a nawet nie masz czasu i chęci do napisania obszerniejszego listu. Boli mnie to niewymownie, lecz trudno. Prawda, moja droga, co z oczu, to i z myśli, zresztą to ostatnie dawno już nastąpiło, przecież często mi to obiecywałaś. Więc powtarzam – przyjeżdżaj, bo jeżeli nie, to ja wracam, a tutaj żyć możesz. Chociaż w bardzo skromnych warunkach, lecz żyć będziemy jak tyle innych małżeństw. Ja nie tracę nadziei, że będzie nam lepiej, lecz tylko przy oszczędności, a ja tej zaprowadzić już większej nie mogę. Z Tobą będzie znacznie lepiej i wszystko taniej znacznie będzie kosztować. Ręczę, że kilka rubli odłoży się miesięcznie. Ja w tym miesiącu zarobiłem 38 rubli, może być lepiej, lecz w tych warunkach jak obecnie długo nie wytrzymam, bo brak mnie męczy i troska odbiera sen i myśl swobodną. Żyjąc w ten sposób, doczekać się mogę wariacji lub suchot – nie wiem, co lepsze Ci będzie.

Nie pojechałem nigdzie, bo w tych dniach dowiedziałem się od pewnego jegomościa, że w Kamienskoje nie ma roboty. On tam był i wrócił z niczym, w okolicznych fabrykach roboty także niewiele. Więc tutaj trzeba czekać na lepszą dolę, ale sam siedzieć nie będę. Pamiętaj, że ja umiem dotrzymywać słowa, czekam, ale niedługo. [...]

Wracam do poprzedniego, o ile pamiętam, nieraz i po całych miesiącach nie dawałem Ci pieniędzy nigdy więcej jak kilka rubli tygodniowo i to kapaniną, a tutaj dawać Ci będę 18 rubli co dwa tygodnie, sądzę, że przy Twojej umiejętności w gospodarstwie i Twojej oszczędności wystarczy ta kwota na skromny byt. To są początki, a mam nadzieję, że zarabiać będę więcej, bo często robimy nocami i w obiady, za którę to robotę liczą prawie podwójnie. [...]

Mieszkam obecnie na kolonii, znacznie bliżej fabryki, od Kazia [Ciechomskiego] było mi zbyt męczące chodzić do zajęcia, musiałem pół godziny dobrze iść, a podczas deszczu lub po błocie ledwo że w godzinę mogłem dostać się do roboty.

Stołuję się u państwa Pawłowskich, jem tylko obiady, płacę 2 ruble tygodniowo, a jadam obiady tylko co drugi tydzień, dlatego że pan Pawłowski robi co drugi tydzień nocami i obiadów żona jego na godzinę 12-ą nie szykuje, tylko na 15-ą, a mnie dawać je o 12-ej byłoby dla niej niewygodnie. Więc jadam jeden tydzień obiady gorące, a drugi tydzień na jajkach. Kolacje i śniadania jadam jak kiedy. Wszystko to jednak bardzo drogo mnie kosztuje.[...]

Ciekawym ogromnie, co Ty jednak robisz, jak Ty ten czas zbijasz. Bo przecież masz go dosyć teraz.

Na tym list się kończy, prawdopodobnie właściwy koniec zaginął lub też został spalony przez Mamę po śmierci Tatusia. Spaliła wówczas wszystkie papiery i fotografie i gdyby nie tych parę listów, nie miałbym pojęcia, jaki charakter pisma miał Ojciec.[...] Drugi posiadany list nosi datę:

Piątek, Prowidans, 17/30 października 1903

Nie wiem doprawdy, jak mam zatytułować, Szanowna Pani czy też Kochana Żono, bo kochana żona na pewno nie pozwoliłaby czekać mężowi oddalonemu o kilka tysięcy wiorst na upragnione wiadomości, co słychać i jakie są Jej zamiary. Wybierać się tak, jak Ty wybierasz tutaj, to może tylko ten, co jedzie z musu. Ja nie rozkazuję, jeżeli lepiej Ci tam samej, zostań, mnie tylko dzieci oddaj. Zawiadom mnie powrotną pocztą o takiej decyzji, ja wrócę po dzieci, nie obawiaj się żadnych wymówek. Ja tutaj tyle wycierpiałem w tej niepewności, że więcej mnie nie zrobi przykrości najgorsza pewność.

Pięć tygodni temu, widocznie w chwili rozdrażnienia, napisałaś mi – przyjeżdżam, odtąd nie mam ani słowa od Ciebie. Widocznie ta upragniona swoboda tak Ci czas zabiera. Jednak zwodzić się nie godzi, najgorsza pewność jest mniej męcząca od takiej niepewności i oczekiwania, w jakim ja pozostaję. [...] Jestem dzięki Twym zwłokom narażony na śmieszność i przycinki. W dodatku sny. Ciągle mi się moja Pani śni w poważnym stanie, ciągle sny złowróżbne i ani spokoju w dzień, ani spokojnego odpoczynku w nocy.

Pięć tygodni ani wzmianki, ani słowa, co dzień latam do głównego kantoru dowiedzieć się o listy. Śmieją się ze mnie: „Pańska żona na pewno już pisze do drugiego, żadna nie wytrzyma tyle czasu bez męża”. To słyszę w kantorze, jak tylko się pokażę, przyjemne.

A te sny, te sny. Ja tutaj haruję jak wół, zabiegam, staram się, a nieraz ręce mi opadają i pytam się – na co, dla kogo mam się zabijać? Siłą woli jednak wstrzymuję się od zupełnego zniechęcenia i orzę dalej, dalej, aby dzień prędzej zeszedł, bo może jutro list będzie, a jutro takie jak wczoraj, jak dziś, jak pięć tygodni podobnych dni. [...]

Starałem się dostać do fabryki „Nikopol”, byłem już przyjęty, byłem u doktora itd., ale później zniechęcony dałem spokój, bo i po co, tak jak Ty dbasz, tak i ja dbam teraz o wszystko. [...]

Kończę i czekam niezwłocznej odpowiedzi.

Fabryka „Nikopol” była nie mniejsza od „Russkiego Prowidansu”, który liczył podobno 5000 robotników. Położone były w bezpośrednim sąsiedztwie, przedzielone długą, nie bardzo szeroką wolną przestrzenią, na którą około 1908 roku został przeniesiony bazar, a w 1912 roku przystąpiono do budowy cerkwi. Różnica między obiema fabrykami była ta, że w „Nikopolu” niemal cała administracja była w ręku Polaków, a w „Prowidansie” – Belgów, Francuzów i Niemców. Obydwie należały, zdaje się, do konsorcjum franko-belgijskiego.

Trzeci list, leżący przede mną, jest pisany przez dziadka Szymona Rudolfa. Wobec tego, że w tytule zwraca się do obojga Rodziców, wniosek stąd wypływa, że Mama w tym czasie musiała przyjechać na Ukrainę, przywożąc ze sobą skromne szczątki dobytku uratowane z pierwszego życiowego krachu, a nic zapewne z przedmiotów wymienionych w intercyzie, bo wszystko złoto, nawet obrączki ślubne przeszły w ręce obcych [...]. Sprzedano za psie pieniądze fortepian, meble, obrazy (oryginały Rapackiego*), bibliotekę, nawet część sprzętu kuchennego.

Pelcowizna, 6/19 grudnia 1903

Kochani Mania i Kostuś!

List od was w dniu 4/17 bm. otrzymałem i takowy rzęsiście łzami skropiłem, ale mi to ulżyło z tej racji, że już jesteście razem i proszę Boga, aby was tam umocnił w wierze i pracy – i abyście się starali poprowadzić wasze potomstwo drogą prawdy i cywilizacji i oby Bóg wam dopomógł to wszystko wykonać z całymi przymiotami ludzkości.

Co zaś do nas, do tej pory żadnej zmiany nie ma, zdrowie moje ciągle pogarsza się, tj. uczucie cierpień staje się nieraz strasznym, ale we wszystkich częściach ciała.

Kostuś ciągle wspomina „Zosieczkę i Jurka” i ciągle wybiera się do was po „liby”*, jemu to wbiło się w pamięć, że Zosia obiecała przysłać Tatusiowi „liby”.

Jak na teraz nic nie mam więcej do napisania, tylko śpieszę posłać wam wszystkim dar Boży w postaci opłatka, opłatek ten pochodzi z parafii św. Floriana, mile mi bardzo, że będziecie mogli to otrzymać (spodziewam się, że się nie spóźni), bo wasz list ostatni podróżował tylko dni pięć, a więc i ten zapewno dłużej nie będzie. [...]

Amen, Ojciec

(Sobota, godzina 12)

Ukłon wszystkim, Zoze i Jurka całuie. Nadzja

W liście tym odbija się wiecznie charakter dziadka. Prosty człowiek, który dużo widział i kawał świata schodził (brał udział jako felczer w kampanii rosyjsko-tureckiej 1877 roku). [...] W paru miejscach szczera wiara, ku której zresztą zwraca się większość ludzi, których „życie ma się ku zachodowi”. Błędy ortograficzne w wielu miejscach niczego nie dowodzą. Dziadek był kompletnym samoukiem i wszystko, co miał i umiał, zawdzięczał sobie. Wieś rodzinną opuścił jako młody chłopiec z trzema rublami w kieszeni i węzełkiem na plecach.

Czyż może być większy skarb od czystego sumienia? [...] Tatuś [...] wystrzegał się jak ognia chociażby cienia na swej reputacji nad wyraz uczciwego człowieka. W parę lat po opisywanych powyżej wypadkach, kiedy już zajmował w fabryce dosyć poważne stanowisko i z tej racji mógł nieraz protegować poszukujących pracy, często spotykał się z tak rozpowszechnionym w Rosji łapownictwem. Pamiętam, dostał kiedyś list z prośbą o ułatwienie w otrzymaniu roboty, potem petent zjawił się sam i ponowił prośbę. W parę dni nadarzyła się okazja i sprawa została pomyślnie załatwiona. Następnego dnia przychodzi jakiś robotnik i podaje podczas obiadu Tatusiowi zapieczętowaną kopertę. Widocznie miał już ten fakt swe precedensy, skoro Ojciec podniósł kopertę pod światło, a zobaczywszy przeświecający banknot, oddał kopertę robotnikowi z poleceniem zwrotu jej nadawcy. Toteż mir miał u robotników wielki. Mówili o nim jako o „swoim człowieku”, tak rażąco różniącym się od na wskroś skorumpowanego społeczeństwa rosyjskiego.Następny list również od dziadka Szymona:

Pelcowizna, 14/27 marca 1904

Kochana Maniu i Kostuś!

Dwie otkrytki [pocztówki] od was otrzymaliśmy, z których wiadomości bardzo mało, a u nas także nic się nie zmieniło na lepsze [...]. Właśnie wczoraj byłem w sądzie okręgowym po odbiór talonów i dlatego, że to tak ciężko przychodzi takowy odbiór, to musiałem przebyć trzy dni u Ciechomskich na całkowitym utrzymaniu, a żoneczka moja bardzo rada mojej nieobecności [...].

Doradca* jej ciągle nas odwiedza, nawet wtedy, gdy ja chodziłem do Wawrzynowa, tj. do Lwowa, on nie omieszkał być przez cały dzień tu, ja zaś takiej jak ona marnocie poradzić nie mogę, tj. wykorzenić tego trudno, gdyż nie mam na to zdrowia, bez którego temu zaradzić trudno, gdyż ona twierdzi, „że jej się podoba i tak być musi”. [...]

W każdej chwili rad bym był od niej odczepić się, niech by tam używała, bo ja nie mam siły dalej walczyć z tak marną istotą, a tak ona wytresowała się w podłościach, że niepodobna opisać wszystkiego, co ona wyrabia. Kończę o tej marnej osobistości, a powiem o sobie, czyli o swoim zdrowiu, że ono ucieka ode mnie, tj. coraz to mi przybywają nowe cierpienia, rozmaite bóle i w rozmaitych częściach ciała tam, gdzie do tej pory ich nie było... [...]

Życzę wam nadchodzących wesołych świąt i wszystkiego, co jest dobre i pożyteczne, i błogosławieństwa Bożego, my się już szykujemy, tj. na przygotowania ciasta, o którym te baby jakby w malignie ciągle gadają, o tym przyszłym cieście, przy tym opowiadają o zaletach i o przeszłych latach. [...]

Ojciec

Wcale niewesoły list i niepochlebny dla ciotki, ale po trochu to się jej nie dziwię. Wszak dziadek był prawie trzy razy od niej starszy, czyż nie było to ludzkie, że szukała zaspokojenia swych pożądań poza domem, skoro mąż im zadośćuczynić nie mógł w domu? [...]

Teraz parę słów o rodzinie Ciechomskich jako o jednej z tych, która wolą losów wieloma węzłami splotła się z naszą linią, a po części i z rodziną Rudolfów. Znany mi osobiście protoplasta tej rodziny, Jan Ciechomski, był zarządzającym łaźni parowych na Nowym Zjeździe, tuż przy moście Kierbedzia. Jeszcze przedtem, na samym początku XX stulecia, nie odrzucał żadnej okazji do zarobku. On był jednym z kamieni, o który się potknęła fortuna dziadka Rudolfa. On był tym, który za bezcen kupował u moich Rodziców meble. On był tym, który administrację owych łaźni uważał za holenderską krowę, toteż z mydła, ręczników i węgla wydoił sobie kamienicę na Konopackiej, drugą na Mokotowie, willę w Miłośnie.

W dzieciach mu się jednak nie szczęściło. Jeden syn skończył śmiercią samobójczą, drugi spadł z wysoka ze schodów i pokancerował sobie łeb, aż mu czaszkę musiano lutować złotem, trzeci (Kazimierz) pokłócił się z ojcem i wyjechał na Ukrainę, córka Lodzia ma małego fijołka... Już jako dziadek wynalazł sobie utrzymankę, niejaką pannę Kazimierę, i miał z nią potomka. Przyszła okupacja niemiecka w 1915 roku. Niedawny bogacz sprzedawał po trochu swe posesje, aż parę lat temu umarł niemal w niedostatku. [...]

„Doradca”, pan Bielecki, adorator cioci-babci i szczęśliwy rywal dziadka Szymona, był jubilerem. Człowiek przystojny, inteligentny, patriota, miał żonę umierającą na suchoty (koleżankę Mamy i cioci) i dwoje dzieci – Zochę i Janka czy Stefana. Bywali na Pelcówce dosyć często, a że pani domu była młoda i chętna, więc... Cóż dziwnego, że mieli się ku sobie? Pan Bielecki później wplątany w jakiś akt przeciwrządowy (może tylko robienie orzełków polskich, a może podrabianie plomb na złocie...) został wysłany gdzieś w Siedleckie na osiedlenie, a jego syn pono później zginął w Wielkiej Wojnie. [...]

List siódmy znów od dziadka Szymona:

Pelcowizna, 18 listopada/1 grudnia 1904

Kochana Maniu i Kostuś!

[...] Życie moje stało się bardzo smutne powodem mojej spodlonej i wiarołomnej żony, ona doprowadzi wszystko do ruiny, a za uwagi dostaję albo szturchańce, albo oblewanie wodą: i tak pozawczoraj, w bytności Książka i Mecnera [...] zaczęła mi wymyślać od złodziejów, kościotrupów, koszturów itp. Ja leżałem w łóżku. Rzuciłem na nią kaloszem za te obelgi, ona nie pardonując i niepostrzeżenie złapała kubek zimnej wody, oblała mnie znajdującego pod kołdrą, po czym wygrabałem się z łóżka w konwulsjach i zlaną koszulę Mecner przy pomocy Książka ściągnęli i ułożyli mnie do pościeli.

O moim tak czarnym pożyciu chciałem wam dawniej donieść, ale zawsze, kiedym list do was pisywał – ona marna niewdzięcznica więcej starała się być lepszą i cenzurowała każden.

Dzisiaj do tego się rozzuchwaliła, że mnie wypędza, że ja przejadam jej pracę i że ona zostawi mnie w jednej koszuli itd., itd. O wszystkich podłościach napisać to było potrzeba kilka arkuszy i albo kilkanaście, a więc pozostaję na tym małym doniesieniu.

[...] Posyłam wam, jak zwykle, dar Boży (parafii św. Floriana), życzę wam, abyście doczekali kiedy powrócić na ziemię ojczystą, tego wam życzę z całej duszy. Nowin u nas niewiele z powodu wojny, tylko zaczęto trzeci most budować wprost Alei Jerozolimskiej, czyli wprost Saskiej Kępy, a obok Cytadeli także zatwierdzony i w przyszłym roku będzie rozpoczęty.

A zatem całuję was wszystkich niezliczone razy. A zdrowie moje co dzień gorsze, ruchy bardziej stają się trudnymi, upadek sił coraz większy.

Ojciec

[...] Książek i Mecner to lokatorowie ciotki. Zajmę się trochę tym ostatnim. Niemiec z urodzenia, ale już zupełnie spolszczony, przysadkowaty blondyn, gadatliwy, jowialny, karciarz, przepadał za kieliszkiem, podobno jakiś czas i to dłuższy adorował ciocię. Na tej podstawie złośliwe języki głosiły, że średni syn ciotki Rudolfowej, Stefan, jest (był raczej, bo dziś to nieboszczyk) podobny do imć pana Mecnera. Faktycznie, chłopak był blondyn, różniąc się kolorem włosów od swego rodzeństwa: Kostka i Zochy, którzy są bruneci. No i oprócz tego miał niskie, sklepione czoło i w całym ciele ociężałość ruchów i jakby ciosane toporem kształty, co się tak często spotyka u plemion germańskich. Ja, oczywiście, uważam to za plotkę, gdyż jako prawda byłaby zbyt bolesna, no i na gorącym uczynku nikt tej szkalowanej niewiasty nie złapał. [...]

Pamiętam, wieczorem, kiedy ciemno za oknami i wiatr tak jakoś szumi złowrogo, a w domu tak ciepło i dobrze – ktoś zastukał do drzwi. Ojca nie było, był na nocnej zmianie, a że mieszkaliśmy w dzielnicy robotniczej, same niewiasty i dzieci w domu. Tedy przezornie pytały:

– Kto tam?

– Tielegramma!

Kto nie jest kupcem, publicystą lub człowiekiem mającym styczność z szerszym światem, dla tego depesza najczęściej jest zwiastunem jakiegoś nieszczęścia. Dla nas, na Ukrainie, tym złowróżbnym gońcem była zawsze.

Mama kwituje odbiór telegramu, wręcza woźnemu napiwek, a my wszyscy z ciekawością i niepokojem wlepiamy oczy w jej ręce – jak rozrywa opaskę, jak czyta, aż wstrząsa do głębi jej głośny płacz i słowa: „Babcia Maciejewska umarła!”. Do płaczu Mamy dołączył się niemal ryk cioci Stasi i nasze chlipanie... Noc ta była okropna. A co powie Tatuś, który tak swą Matkę kochał?

A Tatuś? Chyba nic tak nie przejmuje i nie jest tak niesamowite, jak płacz, szloch dorosłego mężczyzny... A ojciec tak właśnie szlochał... Jechać nie mógł na pogrzeb, bo by nie zdążył, a i pieniędzy na drogę nie było. Został więc w domu i to był cios najgłówniejszy, który go potem, 8 lat później, łącznie z innymi – dobił.

List dziewiąty od dziadka Szymona:

Pelcowizna, 3/16 listopada 1905

Kochana Maniu!

[...] Nowin żadnych osobistych i dobrych, oprócz pocztowego (powszechnego?) strajku od tygodnia.* I tak Warszawa doczekała się gwałtownych najazdów, a raczej spustoszenia: ulica Marszałkowska cała zrujnowana, tj. latarnie potłuczone i poprzewracane, szyby wystawowe również powybijane. U nas na przykład w Pelcowiźnie także w warsztatach kolejowych od tygodnia wszystko zamknięte, z personelu sami siebie pilnują i nie dają robić, na przykład pan Mecner z rozporządzenia Naczelnika pojechał do Mławy, to za to czekali na niego i chcieli bić, a może i zabić, a więc teraz siedzi w domu.

Co zaś do uspokojenia, to jeszcze nie wiadomo, jak będzie, ale bądź co bądź ogłoszony stan wojenny i teraz używają ostrych nabojów i z tej racji dosyć już poległych. Podobno budują szopę na Bródnie i tam będą składani zabici dla rozpoznania przez znajomych, a i przez policję. I tyle nowin.

Co zaś do mego osobistego położenia, to ono być lepsze nie będzie, a to dla miłego stosuneczku z tak przepodłym duchem, jaki mnie morduje [...], ona teraz mądra i nas wszystkich za nic ma.

A zatem całuję was wszystkich, życzę wam błogosławieństwa Bożego i pociechy z dziatwy. Na ryby zawsze oczekuję, a to dlatego, że przed odebraniem otkrytki to mi się śniły rozmaite karykatury z morskich ryb, dowodzi to, że „Sud’ba” [los] nakazuje posmakować tych delikatesów, jakie wam się już przejadły.

Ojciec

[...] Biedny dziadek tak się i nie doczekał ryb, które mu tylokrotnie obiecywano. Zawsze Rodzicom na przeszkodzie stawał brak pieniędzy i... pewna niedbałość. [...]

Prądy rewolucyjne dały się odczuć i na południu Ukrainy. Fakty, o których chcę opowiedzieć, miały jednakże miejsce nie w lecie 1905, lecz prędzej w 1906 roku. Najpierw wybuchł pogrom Żydów w Mariupolu, przy czym zabito wiele osób i spalono kilkanaście domów przy ulicy Targowej, w dzielnicy handlowej. Między innymi życia omal nie postradał Żyd Raskin, fabryczny potentat, dostawca węgla i drewna, właściciel przedsiębiorstwa przewozowego. Złapali go na ulicy i doraźny sąd proletariacki zawyrokował, że należy z nim skończyć. Porwali go za ręce i nogi, aby rozszarpać na miejscu, ale... z kieszeni mu wypadło parę rulonów złota, które czy to niósł na wypłatę robotnikom, czy to szykował dla siebie „na wszelki wypadek”. Pieniądze zawinięte w papier, padając z pewnej wysokości, pękły i rozsypały się błyszczącymi krążkami po kamieniach ulicy. Rzucono ofiarę i zaczęto bić się o pojedyncze monety, a Żyd przezornie i pośpiesznie czmychnął.

Z obydwu fabryk co dzień wyruszali wolontariusze na bicie Żydowinów i po łupy, znosili też manufakturę, obuwie, złote i srebrne zegarki i w owe czasy nie był [zaskoczeniem] umorusany robociarz proponujący nabycie srebrnych naczyń stołowych lub damskiego neseseru.

W pewnej chwili rozeszła się pogłoska, że pogrom odbędzie się i w rejonie fabrycznym, przy czym mieli bić i grabić (oczywiście!) nie tylko Żydów, ale i cudzoziemców. A że my już nie mieszkaliśmy wtedy w dole, w dzielnicy robotniczej, tylko w środku, w dzielnicy drobniejszych i średnich urzędników, przeto zaniepokojeni Rodzice zaczęli radzić. I uradzili, że skoro się tylko zacznie rzeź, owiną mnie w skrwawione prześcieradło i powieszą w dużym weneckim oknie. Przed domem się porozrzuca trochę gratów, otworzy drzwi na roścież i będzie symulowało rabunek. Mnie się rola prowizorycznego (ani stałego) wisielca bynajmniej nie uśmiechała, na szczęście jednak rząd zaczął kłaść na zbytniej „wolności” żelazną łapę i do tej ostatecznej alternatywy nie doszło.

Tymczasem policja, łącznie z kozakami, wyłapywała ostatnich amatorów hebrajskiego dobytku, rychło w czas jednakże, po kilku czy kilkunastu dniach „woljuszki”. Zaczęły się rewizje w poszukiwaniu nagrabionych rzeczy, jednak i wzburzone masy ludu nie tak łatwo dawały się wtłoczyć w dawne koryto. Po kolacji jeździły patrole kozackie, warty strzegły wejść na fabrykę i do biur zarządu. Niejeden nieostrożny, a nawet Bogu ducha winien obywatel oberwał razy nahajką. Już to kozacy z lubością stosowali bat względem tych, którzy się bronić nie mogli lub nie mieli czym.

Obok nas mieszkała rodzina Francuzów. Jednego dnia po pracy dwaj młodzi synowie pana G. myli się, a usłyszawszy, że patrol jedzie, ufni w swe obcopoddaństwo, wyszli na ulicę i... dostali okrutne cięgi przez głowę, ramiona i barki. Znaj Moskwę i kozaków!

Mamusi zabrakło octu. Olbrzymia kooperatywa, w której można było dostać wszystko, poczynając od zapałek, kończąc na wykwintnej bieliźnie, była w obrębie fabryki „Nikopol”, od nas pół kilometra. Chcąc się doń dostać, trzeba było przebyć szeroki pas niezabudowanej ziemi, który dzielił obydwie osady i na którym w czasach normalnych odbywały się srogie utarczki na kamienie pomiędzy wyrostkami z obu fabryk. Z butelką w ręku szedłem powoli, gapiąc się na prawo, gdzie w pewnej odległości pośrodku placu stała budka, w której sprzedawano kwas, pestki i tanie słodycze. Przy tej budzie kłębił się duży tłum robotników, a jakiś człek, stojąc na ladzie, coś gadał, wymachując rękoma. Wtem usłyszałem okrzyki i jakiś mężczyzna zaczął wołać, abym szybko uciekał.

Dobiegłem do rowu, a odwróciwszy się, ujrzałem secinę [oddział] kozaków pędzących co koń wyskoczy ku tłumowi. Szable błyszczały w słońcu, w gęstej kurzawie otaczającej jeźdźców migały jak iskierki. Jeźdźcy z gwizdem i gikańjem [okrzykami], pochyleni naprzód, wietrzyli łatwe zwycięstwo. W górę sypały się strzały z naganów, aż od tłumu zaczęły się odrywać najpierw pojedyncze figury, a jeszcze chwilka i cały tłum rozsypał się jak kupa liści pod podmuchem jesiennego wiatru. Pracowały nahajki...

Mówca-agitator dopadł miejskiego ogrodu, a nie mogąc się przedostać przez wysoki żywopłot z krzaków oliwkowych, sunął na brzuchu przez dziurę, którą pod parkanem przedostawała się do parku bezpieniężna brać. Otwór był ciasny, spodnie obcisłe, toteż gdy go kozak zdzielił batem – inexprimable [niewymowne] pękły i krew aż trysnęła, za to niefortunny zbawca ludu już jak mysz przedostał się na tamtą stronę. Kozacy opanowali rosyjską rewolucję.

Podziwiać jednak należy łagodność czy brak organizacji u tego mrowia proletariatu. Obydwie fabryki, liczące 9–10 tysięcy samych robotników, niczym gwałtowniejszym nie wyraziły swej woli. Było im już zresztą nie tak źle, tym urodzonym niewolnikom. Duży procent rekrutował się z chłopów z centralnych guberni, głównie z kurskiej i orłowskiej. Ci przyjeżdżali tylko na parę lat, zwykle zostawiali w domu w zapadłej wsi żonę i dzieci, tu żyli jak ostatni pariasi i uzbierawszy kilkaset rubli, które u nich „w Rossii” były majątkiem – powracali do domu.

Tymczasem my, dzieci, pod kierunkiem pana Ciechomskiego, cioci Stasi i Mamy powoli uczyliśmy się w domu uciążliwej sztuki pisania i innych związanych z tym mądrości. Nienawidziłem tabliczki mnożenia i pisałem tak grubo, jak tylko pozwalała na to stalówka, do tego stopnia, że poszczególne stronice sklejały się ze sobą. Ale mnie się zdawało, że piękniej pisać nie można.

Potem oddano nas do niemieckiej szkoły. Była i powszechna rosyjska, ale nie było w dobrym tonie posyłać do niej dzieci. Tutaj poznałem po raz pierwszy tajniki gotyckiego pisma, ustrój szkoły, jej wady i zalety i tu po raz pierwszy... zakochałem się! Ideałem moim była uczennica najstarszej klasy, miała na imię Emma i nosiła długą, czerwoną, w jakiś duży deseń sukienkę. [...] W tej szkółce wyróżniłem się jako dobry i pilny uczeń, robiłem znaczne postępy, ale dalszy ich rozwój przerwała szkarlatyna, na którą zapadłem jednocześnie z Zochą.

Potem uderzył nowy grom. Znów depesza, krótka i lakoniczna w swej treści: „Ojciec umarł. Władysław”. Telegram nadany w Warszawie 25 stycznia 1906 roku o godzi nie 16.00. List, który nadszedł parę dni później, zawierał opis ostatnich chwil i klepsydrę, której treść przytaczam: „Śp. Julian Maciejewski, majster stolarski, opatrzony św. sakramentami, po długich cierpieniach zasnął w Bogu dn. 25 stycznia 1906, przeżywszy lat 64”. [...]

U mego Ojca pojawiły się pierwsze siwe włosy. Przebolał jednak i ten cios. Zostało mu dalekie rodzeństwo i blisko – żona i dzieci, a przed nim praca, ciułanie grosza i daleki, mglisty powrót do kraju. A w kraju zerwane stosunki, stracona placówka pracy i kupa wierzycieli, i wspomnienia nie tak dawnych, lepszych czasów.

Po śmierci dziadka Juliana przyjechał do nas stryj Oleś, wówczas jeszcze wyrostek. Miał zacząć pracować w biurze fabrycznym, ale czy chęci nie miał, czy sądził, że go od razu naczelnikiem wydziału zrobią, dość że po krótkim czasie – zabrawszy ciocię Stasię – wyjechali oboje do Warszawy. Następstwem czego był kilkuletni zatarg ojca z rodzeństwem i przerwa w korespondencji, nawiązana dopiero w 1912 roku.

List dziesiąty, jednocześnie ostatni w moim posiadaniu, pochodzi od dziadka Szymona Rudolfa:

Pelcowizna, 14/27 marca 1906

Kochana Maniu!

Żałować należy tego wszystkiego, co się dzieje między nami, ale choć nie z mojej winy, bo cały rok oczekiwałem na list od was, aż nareszcie otrzymałem otkrytkę z tak skąpym sensem, ale i za to dziękuję.

Co do mnie, to taka zmiana, tj. że choroba coraz to gorsza, tj. władanie nogami staje się coraz to trudniejsze, bo od samej jesieni, ciągle przykuty do łóżka, uschłem jak pelikan na puszczy, skóra się na kończynach zupełnie pomarszczyła, na piersiach cały zapas tłuszczu wysechł.

Bóle trapią mnie prawie nieustannie, kurcze nieustanne, nie brakuje także i drugich cierpień fizycznych i to wszystko muszę znosić cierpliwie, aż do ostatniej chwili. Do tak strasznych cierpień fizycznych bywają także i cierpienia moralne, brak tego, co potrzeba, tj. odpowiedniego pożywienia, jak również i zgody domowej, której nam ciągle brakuje i będzie jej brakować do ostatniej chwili mego cierpienia. Tak widać zasłużyłem u Boga i za to muszę pokutować, a dozorczynią tej pokuty jest trzecia żona. [...]

Ojciec

Inne listy już się nie zachowały, jak również nie ma depeszy o śmierci dziadka. W każdym razie wiele jeszcze cierpiał i poniewierał się z kąta w kąt. Był w szpitalu na Bielanach, pojechał do braci na Litwę, ale oni choć wzięli jego część ziemi za darmo prawie – pośpieszyli wysłać dziadka z powrotem na Pelcówkę. [...] Dziadek Szymon Rudolf umarł, pochowany na cmentarzu prawosławnym na Woli. [...]

Tymczasem czas płynął. Ogłoszono wybory do III Dumy Państwowej i wyznaczono je na dzień 23 września starego stylu, a podług naszego kalendarza na 6 października 1907. Każdy wyborca otrzymał imiennoje objawlenije – osobiste zawiadomienie, na którym figurował jego kolejny numer, nazwisko, instrukcja i u dołu kupon, który właśnie dawał prawo głosu. Całe ogłoszenie jest za długie, aby je przytaczać w całości, tym bardziej że treść i prawidła zasadnicze nie różnią się zbytnio od wskazówek wyborczych naszego Sejmu. Oczywiście z pewnymi wyjątkami.

Nr spisu wyborczego 2067

Zawiadomienie osobiste

celem stawienia się na wybory do Dumy Państwowej

Konstanty Julianowicz Maciejewski, Fabryka „Russkij Prowidans”

Mariupolski Magistrat zawiadamia Pana, że drugi Mariupolski Zjazd wyborców miejskich dla wybrania jednego wyborcy do Gubernialnego Wyborczego Zgromadzenia jest naznaczony na 6 października tego 1907 roku w mieście Mariupolu w lokalu Powiatowego Zjazdu (w domu Ziemstwa). Przyjmowanie wyborczych kartek będzie się odbywać bez przerwy tylko jeden dzień (6 października) od 9-ej rano do 9-ej wieczorem. Na tym Zjeździe należy wybrać jednego wyborcę. Proponowana przez Pana osobistość może być wciągnięta na załączony do niniejszego odcinek wyborczy lub na inny czysty arkusik białego papieru.

Burmistrz (–) Popow

Sekretarz (–) M. Saposznikow

Na odwrocie jest w rubryce „Do wiadomości wyborców” między innymi taka wzmianka: „Par. 9 Ustawy o wyborach. W wyborach nie biorą udziału: a) kobiety, b) osobnicy poniżej 25 lat, c) osobnicy uczący się w zakładach szkolnych, d) wojskowi armii lądowej i marynarki, e) plemiona koczownicze i f) obcopoddani”. [...] Odmowa kobietom prawa wyborczego jest niesprawiedliwością, wiek lat 25 jest zbyt wysoką granicą, skoro prawo rosyjskie, karząc za występną działalność, uznawało za człowieka dojrzałego i świadomego swych czynów tego, który skończył lat 21. Jak również – dlaczego pozbawiony jest prawa wyborczego człowiek, który się kształci, mając już lat 21, w danym wypadku 25?! Czy zdaniem ustawodawcy wolność głosowania w środowiskach wyższych szkół rosyjskich tak znaczny by wniosła tam ferment? [...]

Opuściwszy „niemiecką szkółkę”, braliśmy korepetycje u pewnej studentki – Żydówki, ażeby na wiosnę 1909 zdawać egzaminy kwalifikujące. Zocha zdawała do prywatnego żeńskiego gimnazjum pani Darii, a moje papiery korepetytorka „przez omyłkę” złożyła zamiast w kancelarii gimnazjum realnego – w gimnazjum klasycznym! Było to wbrew intencjom Ojca, ale już było za późno i z dobrym wynikiem zdałem egzamin do pierwszej klasy Mariupolskiego Gimnazjum Aleksandryjskiego. Był to triumf nie lada, bo na wolnych 24 miejsc było kandydatów 70. Tatuś się cieszył, bo syn takiego naczelnego doktora „usiadł na lodzie”, a Jurek przyjęty! [...]

Zagalopowałem się jednak i zapomniałem zanotować, że urodziła się Ira, trzeci członek naszego rodzeństwa, typ zupełnie od nas odmienny. Brunetka, smagła, nerwowa, żywa jak iskra, krzykliwa jak sroka, grymaśna jak człowiek nieuleczalnie chory... Swoją drogą, zdobyła sobie wstępnym bojem sympatię otoczenia, a miłość gorącą Tatusia. Zda się, że w tej dziewczynie skoncentrowało wszystkie swe blaski słońce południa, umalowało jej włosy, sfalowało je w loki i ubarwiło policzki rumieńcem. Oczy miała małe, bystre, głęboko osadzone i trochę skośne – mongolskie, jak mówiono.

Za chrzestnych rodziców miała panią Helenę Dowgiałłową i pana Kazimierza Ciechomskiego. O pani chrzestnej matce trzeba też parę słów nadmienić, jako że wplotła się w życie naszej komórki rodzinnej, tak jak imć Kazimierz Ciechomski, z tą różnicą, że – pomimo wszystko – w oczach mych nie zatraciła swoistego kobiecego wdzięku i lubiłem ją bardzo, jednocześnie nie cierpiąc i brzydząc się Ciechomskiego.

Dowgiałło, szczery Litwin, chłop jak tur, pił jak Zagłoba, mowę polską powoli zatracał, natomiast znajdował się na najlepszej drodze ku delirium tremens. Po przyjeździe z rodzinnej Żmudzi, po iluś tam latach zdobywszy świetnie płatne stanowisko stalelitiejnogo mastiera (gisera czy majstra giserskiego) z płacą miesięczną 300–400 rubli, wziął gospodynię chachłuszkę (chłopkę Ukrainkę) Jelenę i miał z nią syna Włodzimierza, jako że kobieta była nadzwyczaj zgrabna, ślicznie zbudowana, sprytna, wesoła i miała wrodzoną inteligencję. Jedynym defektem był zadarty nos, ale kiedy jedni twierdzili, że ją to szpeci (Mamusia mawiała: „ta kurnosa małpa...”), inni znajdowali w tym nosku jeden powab więcej. Po kilku latach pożycia opisana para zawarła dozgonne związki małżeńskie, a dalsze potomstwo szło nieprzerwaną kolejką, że wymienię tu Szurę, Olę i jeszcze ze dwie czy trzy... Złośliwa plotka głosiła, że każde z tych dzieci pochodzi od innego ojca.

Ja wiem na pewno tylko to, że przyjaciele domu zmieniali się często, pani domu miała predylekcję do Litwinów i Polaków, nauczyła się nawet jako tako mówić po polsku. Tatuś zrazu z rzadka bywając, później stał się codziennym gościem w przytulnym domu państwa Dowgiałłów. W związku z tym Mama toczyła z Ojcem homeryczne boje, ale widocznie nie umiała przy swoim ognisku wytworzyć dostatecznego ciepła, skoro szukał go gdzie indziej. I dlaczego? Przecież Mama jest kobietą inteligentną, oczytaną, wymowną, nie jest brzydka, a jednak...

24 października 1908 przyszedł na świat chłopczyk, którego po długich a dojrzałych namysłach postanowiono nazwać Michałem, a to na cześć Michała Wołodyjowskiego, bohatera Potopu Henryka Sienkiewicza. Trylogię wówczas Tatuś dopiero sprowadził z Warszawy, a czytaliśmy ją tak gorączkowo, że zapominaliśmy nawet o jedzeniu. Po przyjeździe z gimnazjum pierwsza rzecz po zdjęciu tornistra – łapaliśmy za książkę z czarodziejską baśnią krwawiącą krwią z polskiego serca, brzmiącą radosnym hymnem polskiego zwycięstwa i wyciskającą łzy czyste, najczystsze z oczu polskich dzieci na dalekiej obczyźnie. Doszło do tego, że Trylogia była zamykana na klucz i wydzielano nam codziennie parę rozdziałów i to po zadowalającym wydaniu przed ojcem zadanej lekcji.

Michałek tymczasem chował się zdrowo, ale chodził po świecie w owych nadmorskich stronach jako całkowity, a jedyny zapewne poganin, gdyż ochrzczony został dopiero dwa lata później, podczas pobytu naszego na wakacjach w Świetlanach u wuja Pawła. [...] Była komiczna scena, kiedy pop, wszedłszy w ornacie do pustej cerkwi, ujrzał przy ołtarzu grupkę ludzi i wiedząc, o co chodzi, pytał: „A gdzież niemowlę?”. Michaś już biegał jak młody źrebak w owe czasy, toteż zacny proboszcz nie przypuszczał, aby ten duży, zdrowy dzieciak nie był jeszcze ochrzczony. Zapytał ze zdumieniem: „Etot malczugan? Kakow jazycznik bolszoj! I poczemu do sich por wy jego nie krestili?” (Ten chłopak? Jakiż wielki poganin! I dlaczegóż dotychczas nieochrzczony?). Podobno nawet wahał się popisko, czy może dokonać obrzędu.

Chwile spędzone na Litwie, podczas pierwszej i drugiej bytności tam latem, mogę śmiało zaliczać do najpiękniejszych w okresie mego dzieciństwa. Wszystko tam było najcudowniejsze, rzeka Wilia najpiękniejsza ze wszystkich rzek, lasy jedyne na całym świecie, gdzież któż widział takie dąbrowy, takie brzeźniaki, gdzie kto zbierał takie grzyby i grabił takie siano? [...]

Najwięcej rozkoszowaliśmy się lasami. Daleka Ukraina południowa pozbawiona jest ich zupełnie. Rosną tam tylko pojedyncze akacje, topole, białodrzew, więc zawsze z tęsknotą oglądałem ryciny, na których był las, z ukrytym w sercu pragnieniem: żyć gdzieś, gdzie te sosny, świerki, brzozy i dęby będą rzeczywistością, a nie mglistym mirażem, jak afrykańskie palmy.

Obydwie wycieczki do Świetlan, aczkolwiek ujęte w ramkę czterokrotnych uciążliwych nad wyraz przejazdów III klasą, w towarzystwie niezliczonej ilości tobołków, węzełków, koszyków, kobiałek, paczek i zawiniątek, będących postrachem tragarzy, zgrozą pasażerów i ostatecznym umęczeniem nas, dzieci, dały nam przeżyć po dwa miesiące na łonie prawdziwej wsi, pośród lasów, z dala od wyziewów fabrycznych i dymu ze stu kominów. A Mamie po przyjeździe pozwoliły zaprosić ścisłe kółko znajomych (przeważnie naszych, Polaków i Litwinów) i delektować ich marynowanymi grzybkami, borówkami z jabłkami, litewskim serem i kiełbasą, ba, nawet umiała Mama przewieźć spod Smorgoń nad Morze Azowskie świeże grzyby! I tymi grzybami raczyć oszalałych ze szczęścia „Pogoniarzy” i „Koroniarzy”, którzy ze czcią wycałowywali rączki „pani dobrodziejki”, pozwalając jej się cieszyć zasłużonymi pochwałami, a Tatusiowi w duszy rosnąć z dumy, że ma tak gospodarną małżonkę. Przyznać należy, że talenty kulinarne ma niepospolite, ale mnie, który te wszystkie specjały dźwigałem w koszach na licznych „przesiadkach” w Konstantinowskoje, Jasinowatej, Wołnowasze, Bachmaczu – to wcale a wcale nie imponowało.

Pierwszy mój rok gimnazjalny 1909/10 ukończyłem z nagrodą II klasy. [...] Stałem się beniaminkiem Ojca. Choć trzymał nas ogromnie krótko, nigdy nie odmawiał słusznej prośbie i prawie nigdy nie brakło mi kieszonkowych pieniędzy na wydatki osobiste. [...]

Uczęszczając do gimnazjum w Mariupolu, musieliśmy co dzień rano śpieszyć do „przystanku” kolejowego, zwanego popularnie płoszczadka, siadać w specjalny robotniczo-uczniowski pociąg, dojeżdżać do stacji Mariupol i stamtąd przez całe przedmieście, to znaczy Aleksandrowską Słobodkę, przez północną część miasta aż do ulicy, przy której położone było gimnazjum. Zajmowało to wiele czasu i było ogromnie uciążliwe, szczególnie na wiosnę i jesienią, kiedy w nieprawdopodobnym błocie gubiło się kalosze i wyciągało z siebie ostatni dech.

Do jednej klasy ze mną uczęszczało z naszych kolonii tylko dwóch uczniów: Nikołaj Nieczajew i Aleksander Cykałowski, ale po większej części darłem z nimi koty, przyjaźniąc się z Wasilijem Podoprygorą i Michałem Bielikowym, mieszkającymi w mieście.

Gimnazjum! Magiczne słowo! Ile wspomnień i jakich! Pierwsze lata, kiedy uczyłem się chętnie i dobrze, co dało asumpt memu Ojcu do twierdzenia, że jestem nadzwyczaj zdolny, potem klasa trzecia i czwarta, rojenia o „robinsonadzie” w lasach północnej Rosji, studiowanie map guberni wołogodzkiej i archangielskiej, guberni ołonieckiej... Gra w guziki, flirt z pensjonarkami, kolekcjonowanie marek pocztowych i starych monet. [...]

Gimnazjum... Olbrzymi gmach wybudowany podług wymagań wskazówek higieny, technik ówczesnych, a że nie tak dawnych, przeto jego szerokie okna, korytarze, wysokie sale śmiało byłyby chlubą dla niejednej szkoły naszej. Gmach był jednopiętrowy, dwuskrzydłowy. Na dole mieściła się klasa wstępna, ósma, dwie siódme (równoległe, po rosyjsku: „a” i „b” lub osnownoj i paralelnyj [główna i równoległa], oprócz wstępnej i ósmej każda klasa była podwójna). Ja byłem w klasie „a” i mocno z tego czułem się dumny, jako że klasy „a” z klasami „b” zawsze toczyły srogie bitwy i rywalizowały na każdym kroku. [...]

Skład nauczycielstwa na ogół był dobry, z wyjątkiem nauczyciela arytmetyki Nikołaja Aleks. Kobzarewa, pijaka, łapownika, który w 1913 roku miał brzydką sprawę o uwiedzenie pensjonarki z szóstej czy siódmej klasy Marjinskiego Gimnazjum Żeńskiego. Dyrektor Kwitnicki, Rosjanin, jak i inni, wysoki, siwawy, postawny pan. Jeden nauczyciel niemieckiego był Niemcem.

Ja, jako Polak, byłem jeden na około sześciuset uczniów i z żadnymi szykanami się nigdy nie spotkałem, nie licząc trzech czy czterech „ukłuć” ze strony nauczyciela języka rosyjskiego, Siergieja Iwanowicza Zamurawkina, i popa. Koledzy byli życzliwi, prócz dwóch: zruszczałego Greka nazwiskiem Mawrodi i pseudo-Ukraińca Michajlenki. W owe czasy, przez dziewięć lat pobytu na południu Cesarstwa Rosyjskiego, nigdy nie spotykałem się z powiedzeniem: „Jestem Ukrainiec”. Wszyscy byli „russkije”. Nawet Żydzi, którzy się śmiertelnie obrażali za nazwę „Żyd”, mówili o sobie najchętniej: „My russkije”, w gorszym razie: „My russkije, jewriejskogo wieroispowiedanija” [Jesteśmy Rosjanami, wyznania żydowskiego]. A obowiązywał u nas numerus clausus i na 40 uczniów mogło być najwyżej 4 Żydów.

Michajlenko zawsze mi dokuczał, chętnie przedrzeźniał, nazywał pogardliwie: „Lach, polaczyszka, przendik, szpule...”. Te dwa ostatnie wyrazy nic nie znaczą, był to miejscowy nowotwór, gdyż Moskali zastanawiała w naszym języku wielka liczba wyrazów „szipiących”, a wymienione pochodziły prawdopodobnie od „przędza, szpulka”. Niejednokrotnie też jego zaczepki kończyły się walką wręcz, przy czym niemal zawsze odnosiłem triumf, ale chochoł (Rusin) był uparty i zawzięty. [...]

Ze wspomnień czysto szkolnych, rekreacyjnych, wybijają się na pierwszy plan: gra w piłkę nożną (byłem w niej za ciężki), walka przy murze klas „a” z klasami „b” i batalie śnieżne w zimie. Terytorium naszej budy otaczał ze wszystkich stron gruby, wysoki mur, odgradzający nas od pokus świata „cywilnego”. Wzdłuż muru biegła przymurówka czy coś służącego do jego wzmocnienia, wysokie od 50 centymetrów do 80 i szerokie około 50 centymetrów. Na tę kamienną ławę wchodzili przeciwnicy i przypierając się jednym ramieniem do muru, starali się pozrzucać swych przeciwników z przeciwka.

Walki bywały szczególnie zawzięte, kiedy w nich brali udział uczniowie starszych klas. Wówczas wstępniak, pierwszo- czy drugoklasista, zlatywał jak mrówka przy spotkaniu z takim drągalem, a czasami z rojowiska walki waliła się na ziemię cała kupa: to drągal obwieszony całą chmarą bębnów padał w kurz podwórka! Celem było, zrzuciwszy wszystkich przeciwników, przelecieć z piekielnym „hurra!” wzdłuż całego muru. Oto jednodniowe zwycięstwo, które nazajutrz przy ponownej walce będzie pod znakiem zapytania.

W zmaganiach tych zawsze brałem czynny udział. Ileż to razy traciłem przy potężnym szarpnięciu wszystkie guziki? Ile razy kaleczyłem sobie ręce i kolana? Ile razy wyrywano mi całe płaty sukiennego mundurka wraz z guzikami? Jak często u szwajcara [portiera] zszywałem na poczekaniu spodnie, które pękły na kolanie... Ale sławę zdobyłem. Nawet najtężsi zapaśnicy z przeciwnej strony, spotkawszy się ze mną, mówili: „Oho, Maciejewskij! A nu! Poprobujemsia!”. I próbowaliśmy się. Cóż mi wobec rozkoszy walki znaczyła łacina, francuska gramatyka lub algebra? Toteż tu zdobywałem laury, a tam dwóje! Zapasy stawały się czasami tak uporczywe i bezlitosne, że musieli interweniować pedlowie, ale myślę, że w ogóle nie powinni byli pozwalać na takie zabawy.

I w bataliach śnieżnych wysuwałem się na czoło, przysparzając choć w małej, maluśkiej cząsteczce blasku polskiemu imieniu. Pewien jestem, że wielu z moich ówczesnych towarzyszy z nie mniejszą odwagą broniło swych przekonań w chwilach wyprawy Denikina, Wrangla* czy tylu, tylu innych – przeciwko władzy ludu, czyli inaczej mówiąc przeciwko żydo-chamstwu.

Tej to żyłce zawadiackiej zawdzięczam utratę przedniego zęba. Proszę jednak nie myśleć, że stało się to w jakiejś ordynarnej walce na pięści lub kije. Był to przypadek. W naszym sąsiedztwie mieszkała rodzina Bilewiczów. Pochodzili z tak zwanej obecnie Litwy Kowieńskiej (Żmudzi), mieli kilkoro dzieci, pan domu pracował jako urzędnik w fabryce [...]. Mieli syna Bronka, brzydkiego chłopaka, trochę młodszego ode mnie, o grubych rysach twarzy, wydętych wargach zawsze ociekających śliną i rybich oczach. Ponieważ przyjaźniliśmy się z całą rodziną, uważałem Bronka za swego kolegę (bo był Polakiem). A ten Bronek kiedyś letniej niedzieli, po południu, bawiąc się z nami, raptem zapałał pragnieniem zemsty.

Szło o jakąś drobnostkę, a że to Litwin, podstępny, a mściwy – porwał kawał cegły i zaczął mnie gonić. Śmiejąc się, uciekałem wokoło ustępu, aż ten przyczajony, wyczekawszy, kiedy wyjrzałem – rzucił cegłą wprost w moją głowę. Mocne uderzenie w usta, gwiazdy w oczach i zachłysnąłem się krwią... Bronek, widząc to, dał dęba, przerażeni towarzysze zabawy również. Ja, brocząc krwią, pobiegłem do domu, do lustra: warga rozcięta i ząb złamany, trzyma się tylko na nerwie. Cichutko, aby nie obudzić śpiących Rodziców, wypłukałem usta i pobiegłem do szpitala, gdzie mi obwiązano całą głowę i twarz. Ale mina Ojca po moim powrocie, bladość pokrywająca jego oblicze, ten przestrach i gniew w oczach...

Rozwój moich instynktów wojowniczych nie obszedł się bez widomych rezultatów w cenzurze szkolnej. [...] W pierwszym kwartale zjawia się pierwsza od chwili wstąpienia do gimnazjum dwójka z francuskiego, w drugim kwartale: uwaga, pilność i sprawowanie – czwórki! I adnotacja pedla: „Zmniejszono stopień ze sprawowania się za złe zachowanie na ulicy”. Jeszcze teraz gotów jestem wołać, że to omyłka lub zła wola istinno ruskogo [prawdziwego rosyjskiego] patrioty, S.I. Zamurawkina.

Było to tak. W czasie wielkiej pauzy wyszedłem na miasto, ażeby w księgarni kupić sobie parę kredek do rysowania map geograficznych. Tuż przy budynku gimnazjalnym ujrzałem leżący na ziemi pręcik, cienką gałązkę jakiegoś krzewu oskubaną z liści.

Podniosłem ją i zamyślony skręciłem na lewo, chodnikiem wiodącym z lekka pod górę, obok gmachu Marjinskiego Gimnazjum Żeńskiego, ku placowi, na którym stoi sobór prawosławny [...]. Otóż okna żeńskiego gimnazjum z początku umieszczone bardzo wysoko, zniżały się coraz więcej do poziomu ulicy, w miarę wyrównywania się pochyłości terenu. Zaopatrzone były szerokimi parapetami krytymi zieloną blachą, za oknami siedziały pensjonarki, uczyły się i gawędziły wesoło. Widocznie i u nich była pauza... Zupełnie machinalnie, mijając poszczególne okna, uderzałem kilkakroć w każdy parapet pręcikiem i nie zwracając żadnej uwagi na to, co wokół – szedłem dalej. Nie wiedziałem niestety, że za mną w trop szedł pan Zamurawkin. Tegoż jeszcze dnia zostałem wezwany do gabinetu rektora i... czegóż mi nie zarzucili! Że wyłamałem ów pręcik w naszym ogródku szkolnym, że nachalno (zuchwale, natrętnie) stukałem do okien żeńskiego gimnazjum itp. Nie pomogły moje tłumaczenia, wzięto mnie „na oko” i cenzurę...

Kwartał trzeci przyniósł ponownie z uwagi i sprawowania po czwórce oraz adnotację: „Zmniejszono stopień ze sprawowania za bijatykę, złe sprawowanie podczas rekreacji”. Jeden wypadek, kiedy pobiłem się z Michajlenką za to, że nazywał mnie „panom i polaczyszkoj” – posłużył do określenia tego jako periodyczne bijatyki.

Nie potrzebuję chyba nadmieniać, jakie wrażenie na Ojcu zrobiły te zmiany na niekorzyść. Radykalnym środkiem na chwilowe polepszenie chęci do nauki były wówczas... rózgi. Moczyły się w beczce w ogrodzie i w razie przyniesienia dwójki (nieusprawiedliwionej) wieczorem następowała rozprawa: kładłem się na taboret i ręką ojcowską wymierzane miałem od 10 do 15 plag, po których przez dobre dwa dni nie mogłem swobodnie usiąść i które napawały mnie niewypowiedzianą obawą przed powtórzeniem kary. Ale już nie pomagały na dłuższą metę. Straciłem chęć do nauki, nie miałem ambicji, myśleć nie chciałem nad potrzebą uczenia się... Z wolna zsuwałem się w przepaść, której na imię: niedouctwo, pół- lub ćwierćinteligencja i wegetacja na podrzędnych stanowiskach przez resztę życia! [...]

Już nie pamiętam, co było przyczyną wznowienia korespondencji pomiędzy Tatusiem a jego rodzeństwem. Listy posypały się często i Ojciec odczytywał je ze łzami w oczach, upajał się nimi, naraz odżył. Jeden z listów, przeznaczony dla stryja Frania, z przyczyn mnie niewiadomych, pozostał niewysłany, a jako ciekawy przytaczam w całości.

Prowidans, 11/24 kwietnia 1912

Franuś kochany!

Tak chciałbym Cię powitać po długiej rozłące i po tylu latach niewidzenia. Daruj za nieprędką odpowiedź, lecz zwróć uwagę na moje zajęcia i brak wolnego czasu. Korzystając z wolnej chwili i nie czując się tak zmęczonym – siadam i dzielę się z Tobą tym, czym mogę.

Piszesz, Franiu, że wyjazd mój z Warszawy był przyczyną czy też skutkiem przyczyn. Wyjeżdżając, otrząchnąłem pył warszawski z nadzieją, że tęsknić za nią nie będę. Omyłka, lata zrobiły swoje. Jest mi względnie nieźle, lecz tęsknota pożera mnie jak rdza żelazo i czym dalej i dłużej się to ciągnie, tym więcej tęsknota za domem się powiększa.

A przecież tylko Warszawę mogę nazwać swym domem. Ja, dziecko miasta, przyzwyczajony od maleńka do ruchu wielkomiejskiego i, jak wiesz, nie odludek, a nawet doludek (za nowe wyrażenia, tu w długiej samotności wymyślone, proszę darować i sądzę, że je zrozumiesz w zupełności), zmuszony jestem po całodziennej orce w kantorze zadowolić się swym ogródkiem wielkości dobrej miednicy (i to latem), iluzjonem z wybrakowanymi obrazami, muzyką, która drze uszy i myślę jak o zbawieniu o teatrze amatorskim, z którego po pierwszym akcie uciekam – ot i życie.

Czuję, kochany, że powiesz: jednak nic się nie zmienił, prawda, pomyślisz na pewno: a dlaczegoż w domu nie siedzi? Mylisz się, Franuś, siedzę i wysłuchuję lekcji Zosi i Jurka, ale się to naprzykrzyło. Zocha jeszcze, ale Jurek leniuch, ma chłopak lokalną pamięć i ogromne zdolności, lecz gdyby nie moje pohukania, na pewno siedziałby po kilka lat w każdej klasie, a tak, dzięki Bogu, mam nadzieję, że w czternastym roku życia będzie już w czwartej klasie w gimnazjum. Bałem się bardzo, że Zocha i Juras stracą rok szkolny z powodu choroby (szkarlatyny), którą mieli na Wielkanocne święta, ale Bogu dzięki jakoś przeszło. Jurek wczoraj zaczął, a Zocha jutro idzie do szkoły.

No, ale mniejsza, rad jestem niezmiernie, żeś szczęśliwie się ożenił i jednego tylko żałuję, że nie byłem świadkiem i obecnym na Twym, Leonka i Juli ślubie, i – mój drogi – wierz mi, że to jest głównym powodem niechęci do pisania. Wtenczas wstają w pamięci wszystkie obrazy przeszłego, naszej młodości, ogniska naszego w domu drogich Rodziców, naszych wspólnych zabaw i świąt, imienin i zabaw w dniach uroczystych. I wtenczas taki bezgraniczny smutek, taki żal mnie dławi, że wolę nie rozrywać tej rany zasklepionej zaledwie, a jednak tak bolącej, jak wszystko to, co uważałem za przeszłe i nie widzę w przyszłości nic, nic jasnego, nic takiego, ażeby było więcej ochoty do życia. „Smutno mi, o Boże” – powtarzam słowa, lecz na pewno nie było smutniej Jemu, tak jak mnie tutaj.

Pomyślisz zapewne: Kociek się rozmazał. Nie dziw się, chłopcze, na pewno i Tyś miał takie chwile w Moskwie. Tam były tylko chwile i widziałeś koniec, a ja co mam w przyszłości? Zruszczenie się dzieci i nic więcej. I tak staram się trzymać dom w polskim duchu i Mania mi pomaga w tym całą duszą, ale z przykrością widzę, że szczególniej dwoje młodszych używają w wyrażeniach rusycyzmów i sam się nieraz łapię na tymże. Lecz nie dziwota: wszędzie i zawsze tylko po rusku i po rusku. Masz nasze życie, jeżeli to życiem nazwać można. No, ale dosyć o sobie i o nas.

Dzisiaj jestem usposobiony melancholicznie, a nieraz bywam wściekle wesoły i czy dasz wiarę, chłopcze, że temperament mój nic a nic się nie zmienił? Jaki byłem dawniej fiu fiu, tak i dzisiaj nim jestem, a doprawdy czas, ażebym, założywszy rączki okrągłe na pulchnym brzuszku – zakręcił młyneczka paluszkami w rodzaju serdelków.

Franiu, na Boga, nie przerażaj się, nie myśl, że utyłem, przecie ród Maciejewskich jest z rodzaju patyczkowatego i ja taki zostałem. [...] Przede wszystkim nic się nie zmieniłem w swej posągowej urodzie i jeżeli nie jestem podobny do Apolla, to pocieszam się tym, że nie jestem tęższy od stracha na wróble ani cieńszy od kija do szczotki.

Chciałem brodę zapuścić, ażeby dodać sobie powagi, lecz najdroższa moja połowica zaczęła lamenty w rodzaju: „Bój się Boga, chłopcze (ciągle mnie chłopcem jeszcze nazywa, ogromnie się z tego cieszę), jak ty będziesz wyglądać, zwróć uwagę na swoją głowę i tak już jesteś dobrze szpakowaty, a nie daj Boże broda siwa, kochać cię nie będę!”. Masz babo placek! [...]

Daruj banialuki, zaczynam poważnie. Serdecznie jestem rad z Twego powodzenia i daj Boże, ażeby Twoje życzenia się spełniły, tak w rodzinnym stosunku, jak i w interesach, i chciałbym, ach, jak chciałbym!, się z Wami zobaczyć, choć jeszcze raz w życiu. Myślę często, ażeby się wyrwać stąd choć na kilka tygodni i z Wami je przepędzić, przypomnieć i pomarzyć o starym i pogadać o teraźniejszym. Tak chciałbym Was uściskać, pocieszyć się z Wami i może (ale bardzo wątpię) Bóg da. A jeżeli nie będę mógł, przyjeżdżajcie Wy do mnie, uściskam, ucałuję serdecznie i tak będę szczęśliwy...

Przyjeżdżajcie, drodzy, wybierz się, Franuś, z Leonkiem, kolej dwie i pół doby w każdą stronę. Do mnie i nazad pięć dni, u mnie choć tydzień – razem dni dwanaście. Prawda – można? Sypnijcie się, chłopcy. Wykąpiecie się w Morzu Azowskim, zwiedzicie kawałek świata, naszą fabrykę, Mariupol, moją „miednicę” (chciałem powiedzieć – mój ogródek) i wszystkie nasze przyjemności. Poznacie nasze stepy, na których oprócz suslików (rodzaj myszy polnych) nic się nie rodzi, nasz kurz, nasze ciągłe wichury i temu podobny milion ciekawości. Po drodze zobaczycie mnóstwo stworów rodzaju ludzkiego, z warkoczykami na głowach lub z rozpuszczoną strzechą, w brudnych ubiorach – ciekawe okazy, jeżeli nie do ogrodów zoologicznych, to kwalifikujące się z powodu swej oryginalności lub brudu dla zbieraczy.

Niech jednak wszelkie te godne widzenia rzeczy nie odstręczają od przyjazdu do nas. Sądzę, że miłość braterska pociągnie Was, drodzy, do tak serdecznie kochającego Was zawsze i tak spragnionego Waszych drogich twarzy i uścisków

Konstantego

W tym liście jest prawie cały Tatuś i prawie całe jego życie. Ponieważ bez niego nie byłoby mnie i tego dziennika, przeto muszę, opierając się na tych zwierzeniach, spróbować skreślić, jakie były zajęcia i otoczenie tak codzienne, jak i świąteczne mego Rodzica.

Na początku 1912 roku zajmował stanowisko głównego buchaltera na wydziale pieców hutniczych Martena i Bessemera z pensją bardzo marną, bo, zdaje się, 120 rubli miesięcznie. Dział zaś pracy i odpowiedzialność miał ogromną. Ilekroć przyszedłem do kantoru, zastawałem Ojca siedzącego za biurkiem, obłożonego ze wszystkich stron wielkimi księgami, które prowadził w języku francuskim. Pisał i pisał, sumował wielkie kolumny cyfr i tak przez dziesięć godzin dziennie. Wówczas jeszcze nie znano na Ukrainie (ani u nas, w Polsce) ośmiogodzinnego dnia pracy i angielskiej roboty...

W niewielkim pokoju panował zawsze zapach jakichś chemikaliów, powietrze było przesiąknięte dymem i specjalną wonią starych papierów. Na parapetach okien i na półkach leżały próbki przeróżnych składników koniecznych przy spławie stali, np. aluminium, „marganiec”.

W takiej atmosferze, w tak jednostajnej pracy schodziły Tatusiowi dnie, miesiące i lata, a w perspektywie dalszych wysiłków stał obraz: Jurek – prokurator, względnie sędzia, Zocha – doktor, Ira – artystka, Michał – zdania były rozstrzelone. Spokojna starość opromieniona poczuciem spełnionego obowiązku względem swych dzieci i po wrót do ukochanego miasta, do Polski – prawdaż, niezbyt wiele... Zakres pragnień bardzo umiarkowany.

Na obiad przychodził Tatuś do domu po godzinie 12.00, z zajęcia powracał o 18.00, po czym, w lecie, zabierał się do pracy przy swym ukochanym ogródku, niesłusznie nazwanym przez niego miednicą. Obszar co prawda był niewielki, bo nie przekraczał 200 metrów kwadratowych, ale na urządzenie ogródka kwiatowego przez jednego człowieka, bez pomocy fachowego ogrodnika, był aż nadto dostateczny. Ogródek ten urządzał dwukrotnie. Raz w domu pod numerem 42, drugi raz pod numerem 47, a do domu numer 43 sprowadziliśmy się na jesieni [1912] i trzeci raz pokazać, co znaczy umiłowanie ziemi i kwiecia – już nie zdążył.

Ogródki nasze były swego rodzaju osobliwością na Prowidansie. Wzdłuż parkanu zasadził Ojciec krzaki oliwek, aby swym zwartym ogałęzieniem i kolcami broniły dostępu aż nazbyt licznym amatorom owoców cudzej pracy. Altanę otoczył winogronem, które się rozwinęło prześlicznie, akacje kwitły i pachniały, aż dyszeć było trudno w upalne noce od połowy do końca maja. Na rozłożystej topoli urządziłem sobie schron, gdzie z rozkoszą spożywałem latem arbuzy...

Róże sprowadzał Ojciec aż z Landwarowa i miał ich kilka prześlicznych odmian, oprócz tego specjalnie kultywował nocne bródki, nocne fiołki, lwie pyszczki, cynie, petunie, astry i goździki. Kwiaty były jego chlubą, jego rozrywką i odpoczynkiem i nie było dlań milszej nagrody, gdy słyszał głosy przechodniów: „Kakije priekrasnyje cwiety!” (Jakie prześliczne kwiaty!). Jeśli to była kobieta, Tatuś z wrodzoną sobie galanterią zrywał i podawał jej najpiękniejszą różę, wywołując tym zachwyt i podziękowania, bo kwiaty w samej kolonii były rzadkością.

Zamiłowanie Tatusia udzieliło się i mnie, z tą różnicą, że w ogródku od strony kuchni, w moim ogródku, zasiałem rycynusy, które dochodziły do imponującej wielkości, słoneczniki i żywopłot z kukurydzy. Stworzywszy takie gniazdko otoczone kukurydzą, chętnie latem wsuwałem się tam, długie godziny spędzając na czytaniu Mayne’a Reida, Julesa Verne’a i innych mistrzów od przygód w krajach dalekich a cudnych.

Prawdziwą udręką było noszenie wody do ogródka. Lato w tamtych stronach jest upalne i bezwodne, trzeba było więc co wieczór kwiaty podlewać, a z tego wynikała konieczność jej noszenia przez dwa pokoje i kuchnię od beczki. I to co dzień. Beczka liczyła blisko czterdzieści wiader i noś tu je, kiedy na ulicy zabawa aż kipi, koledzy wołają, koleżanki patrzą! Ile też wylałem przy tym noszeniu, Bóg jeden wie.

Drugą bolączką było robienie papierosów dla Tatusia, których spalał około 40 sztuk dziennie. Może właśnie dzięki temu nabrałem do nich takiej odrazy, że po dziś dzień nie palę i mam nadzieję, że palić nie będę.

Noszenie wody może dlatego było tak dokuczliwe, że w ciągu dnia z powodu gorąca nosić nie było można, a ze zmrokiem cała kolonia ożywała: wracali wszyscy z roboty, uczniowie przerywali swe lekcje, dzieci zmożone całodziennym upałem wylegały przed domy, zaczynał się gwar, śmiech, piski, śpiewy, krążyliśmy wkoło latarń elektrycznych jak ćmy, jak brzękliwe owady, póki okrzyk: „Dzieci, na kolację” – nie przypomniał raptownie powstałego głodu i niedokończonych lekcji.

A te lekcje... Po kolacji siadaliśmy do stołu i Tatuś sprawdzał stopnie w dzienniku, stopnie za wypracowania piśmienne w szkole, wysłuchiwał zadanych lekcji i kontrolował prace piśmienne zadane do domu. Ile jasnych chwil młodości zatruła mi rosyjska gramatyka, a potem liturgika! Ile gorzkich plag dostałem za algebrę i francuski! Tym bardziej że mi się już uczyć nie chciało. Mój Ojciec żałował całe życie, że nie posiadał gruntownego wykształcenia lub chociażby matury. [...]

Pisze Tatuś o swej wegetacji w takim partykularzu, jakim był „Russkij Prowidans” lub chociażby Mariupol. Kino, wizyty (częste) u państwa Dowgiałłów, rzadkie odwiedziny gości u nas, preferans lub tysiąc przy szklance wina u Łuki Czejszwilego... Książka... Zobojętniała żona i troska o wpisy, o mundurki i książki szkolne... Brak ludzi z odpowiedniej sfery towarzyskiej, oddalenie od kraju, żmudna praca siedząca w biurze. Obce środowisko, w którym się wypaczały charaktery i zatracało poczucie odrębności narodowej.

Przykładów tyle: panny Krzemińskie – wychowane w domu w dostatkach i kulturze – wychodzą za mąż za ordynarnych robociarzy kacapów, muszą potem myć podłogi i bywają często gęsto bite; dzieci państwa Dowgiałłów nieumiejące nic po polsku; panna Cesia Bilewiczówna, która zachodzi w ciążę od jakiegoś tam skrobipiórka, od bohatera bałałajki i gryzienia pestek, który się ulotnił bez śladu po dopięciu celu. I tyle, tyle innych rodzin. [...]

Wzrastające powoli, ale systematycznie długi, coraz większe wydatki związane z dorastaniem dzieci skłoniły Ojca do szukania bardziej intratnego zajęcia. Wybór jego padł na majstra prowadzącego odlew stali w piecach Martena. Jedną zmianę miał pan Dowgiałło, więc Ojciec często chodził tam, pytał, uczył się, aż zaproponował swą kandydaturę naczelnikowi wydziału. Ten nierad był zamiarowi Tatusia, bo tracił w nim najzdolniejszego pracownika, ale że był człowiekiem rozsądnym, lubił Tatusia, widział w zmianie zajęcia znaczne polepszenie uposażenia (przeszło 100 procent), tedy nie stawiał przeszkód i Tatuś zaczął ostatni etap w swej karierze życiowej.

W tym czasie przeprowadziliśmy się do domu pod numer 43, dostaliśmy tam znacznie większe mieszkanie, którego niestety nie było czym umeblować, tak że w „salonie” stała toaletka, duże, ścienne lustro, stół i dwa taborety. Pokój ten faktycznie na razie nie był nam potrzebny. Życie domu koncentrowało się w jadalnym (gdzie też odrabialiśmy lekcje) i w sypialnym. [...]

Ruszczyzna, wbrew naszej woli, wsączała się wszystkimi porami do naszego domu. Co prawda, tak się składało, że rosyjskie wydawnictwa były tańsze, na przykład prenumerowaliśmy tygodnik ilustrowany „Rodina” (Ojczyzna), bardzo rozpowszechniony z powodu mnóstwa bezpłatnych dodatków w postaci książek, i „Encykłopiedię” – wydawnictwo zakrojone naprawdę na europejską skalę, w prześlicznej oprawie i wykonaniu drukarskim. Tego dzieła jednak otrzymaliśmy tylko 12 czy 13 tomów i dalsza ich prenumerata została przerwana śmiercią Ojca. Abonowaliśmy prócz tego „Bibliotekę Dzieł Wyborowych” i Tatuś nabył zbiór powieści Józefa Kraszewskiego w postaci kilku grubych tomów.

Faktem jednak jest, że po polsku pisać było mi trudniej aniżeli po rosyjsku, a Ira i Michaś między sobą przy każdej okazji rozmawiali w tymże języku, za co im nie szczędziłem tak słownych, jak i rękoczynnych napomnień. [...]

Zaś w rozgardiaszu wrażeń karcianych, flirtów z panną Klarą Potapową i Kławdią Samsonową, wypraw do osady nadmorskiej po tulipany na imieniny dla Klary, przejażdżek łodzią po Kalmiusie i zbieraniu środków na ekspedycję w lasy guberni wołogodzkiej – zaniedbywałem coraz więcej naukę, tym ci bardziej że Tatuś zajęty zmianą zajęcia mniej czasu mógł mi poświęcać. Pierwsza cenzura za kwartał pierwszy przyniosła mi z łaciny dwóję, z innych przedmiotów same trójki, gorsze stopnie z religii i historii naturalnej, więc bojąc się o swoją skórę, sfałszowałem cenzurę i fałszowałem dziennik szkolny.

Zaczęło się podwójne życie, szalone obawy i zdenerwowanie, kiedy trzeba było podrobić podpis Ojca dla władz szkolnych lub podpis pedla dla przedstawienia cenzury Tatusiowi. Nie umiałem tego zrobić, a próbowałem publicznie w klasie, narażając się na skryte śmiechy kolegów i na ich odmowę, kiedy prosiłem, aby który z nich podpisał zamiast pedla jego nazwiskiem. [...] Wciąż liczyłem na to, że „to głupstwo, drapnie się na północ i nie trza będzie żadnej łaciny ani geometrii”. Do kompanii zwerbowałem Kolę Klimienko i Wołod’kę Dowgiałło, ale ten drugi był chwiejny i w ostatniej chwili mógł odmówić swego uczestnictwa. [...]

Przytoczę jeszcze jeden list z „archiwów” rodzinnych. Jest to list ostatni z adresowanych do Tatusia, [...] pochodzi od wuja Deptucha, z dopiskiem jego żony, cioci Heli, najstarszej siostry Tatusia.

Warszawa, 8/21 lutego 1913

Kochany Kostku!

Jaka to już kupa lat, jak wyjechałeś po to złoto do Rosji i nie wracasz, może dlatego, że go unieść nie możesz? A czasy i losy się zmieniły u nas w kraju i wszyscy Twoi znajomi tu pozostali dorobili się, są poważnymi majstrami i obywatelami. Często mówimy o Tobie, że Ty, mając wykształcenie fachowe i wykształcenie ogólne poniekąd większe od tych pozostałych tutaj – i opuściłeś kraj, gdzie mógłbyś mieć tu więcej niż inni, co zostali. Takie bąki warszawskie dziś mają fabryki, warsztaty i są obywatelami, a Ty wyjechałeś gdzieś do zapadłej Kiernozi i siedzisz – starzejesz się, a energia do pracy twórczej mija, tak jak wszystko na świecie.

Przez ten czas u mnie dużo zmieniło się: po pierwsze zestarzałem się, jestem chory na nogi, leżałem ciężko chory przez sześć miesięcy. Jak byłem młodszy, energiczniejszy – to się i grosze robiło, a teraz na każdym kroku tracę od paru lat.

Z powodu rozruchów na handlu straciłem do 6 tysięcy, wonczas otworzyłem hutę szklaną (do spółki) w Tłuszczu. Owa spółka przyniosła mi straty w przeciągu lat czterech 21 tysięcy rubli. Na Starym Mieście, na domu – sprzedając go – straciłem 9 tysięcy. Nareszcie teraz osiadłem na jednym handlu i siedzę już czwarty rok.

Hela była chora parę tygodni, to znów Jula się położyła do łóżka. Za to u Leona dobrze idzie, pilnuje warsztatu, zresztą firma była wyrobiona po Ojcu, komorne niedrogie, to nic dziwnego, że pieniądze robi.

Przed tygodniem był w Warszawie Franio. Posadę we Włocławku stracił, chce na gwałt otwierać na siebie interes bławatny z komfortem [tkaninami dzianinowymi], bo to na czasie, bo się Żydów bojkotuje. Tylko rzeczy bagatelnej mu brakuje – pieniędzy nie ma. Przyjechał rodzinę swoją zainteresować, tylko że mu wszyscy odmówili i nic dziwnego. Jak się żenił z hrabianką, to nawet na ślub nikogo nie prosił, a żeby był podobny na męża hrabiny, to przyszedł do familii po pieniądze. Jacy to jeszcze naiwni są ci Maciejewscy, ale nie wszyscy.

Cieszy nas to bardzo, że Ci idzie jako tako, jakie tam stanowisko zajmujesz, czy biurowe? Dzieci pewno już duże? Żonie Twej zasyłam serdeczne pozdrowienia.

W Warszawie obecnie są ciężkie czasy. Możeś słyszał, że jest w całym Królestwie bojkot Żydów. Na owym bojkocie jedni dobrze zarabiają, a drudzy i tracą, bo Żydzi od katolików znów nie kupują, na przykład stolarze katolicy nie targują od Żydów. Zresztą, ta niepewność z wojną, w razie wojny z Austrią to będzie bardzo źle. [...]

Mógłbyś przyjechać na parę dni do Warszawy – zobaczyć, jak się wszystko pozmieniało. Czy może kolej dużo kosztuje do Twych stron? Całuję Cię serdecznie, życzę Ci zdrowia i dzieciakom.

Kochający Cię Piotr Deptuch

[...] Tego wieczora, kiedy Tatuś jak zwykle zjadł kolację i poszedł spać, nikt z domowników nie przypuszczał, że nadchodzi bezszelestnie śmierć, która jednym zamachem miała wykoleić egzystencję pięciu osób i zmieść z powierzchni ziemi szóstą. W nocy obudziła mnie Mama, w domu panował ruch i płacz, Tatuś rozgorączkowany leżał w łóżku, skarżąc się na straszne kłucie i ból w piersiach. Ubrałem się naprędce i [...] pobiegłem po doktora.

Choroba się zaczęła i początkowo nikt się zbytnio tym nie przejmował. Mama doglądała chorego, czytała na przemiany ze mną jakieś nowele, grałem z Wołod’ką w karty, aż ktoś, spostrzegłszy ten nietakt, karty nam odebrał, wykrzyczał i wskazał książkę jako jedyną możliwą w takich chwilach rozrywkę. W obliczu niebezpieczeństwa pogodziła się Mama z panią Dowgiałłową i obydwie wspólnie pielęgnowały Tatusia, który – nie przeczuwając nadchodzącego końca – rad był nawet „świętemu przymierzu”.

W przeddzień śmierci był z wizytą sam naczelnik wydziału, baron von Koulberg, przyjmowany ze zbyt może wielką ostentacją. Rozmawiał z Tatusiem, uznał, że bardzo dobrze wygląda i – z pewnością wyzdrowieje. W samej rzeczy, zdawało się, że jest już lepiej, a to był ostatni silniejszy odbłysk gasnącego kaganka życia.

Tegoż dnia wręczono Tatusiowi powiestkę (zawiadomienie) prisiażnomu zasiedatielu (ławnikowi przysięgłemu) „mieszczaninowi Konstantemu Julianowiczowi Maciejewskiemu” na blankiecie z nadrukiem „M.Ju. (Ministierstwo Justicyi – sprawiedliwości), Taganroski Okręgowy Sąd do spraw kryminalnych”:

Taganroski Okręgowy Sąd zawiadamia Pana, że Pan został wybrany, na zasadzie losowania, na ławnika przysięgłego w Sądzie Okręgowym i dlatego zaprasza się do stawienia na posiedzenie Sądu Okręgowego, mające się odbyć w mieście Mariupolu 25 lutego st. / 9 marca 1913 roku o godzinie 9-tej rano, celem wypełnienia obowiązków ławnika przysięgłego w czasie posiedzenia od 9 do 15 marca włącznie.

Papier ten grozi za niestawiennictwo karami i pozbawieniem prawa pełnienia publicznych obowiązków wymagających zaufania współobywateli, więc Tatuś to ostatnie wziął do serca i sprowadzony doktor papier zaświadczył:

Niniejszym stwierdzam, że mieszczanin Konstanty, syn Juliana, Maciejewski w obecnej chwili leży w łóżku niebezpiecznie chory na zapalenie płuc (Pneumonia crouposa) i dlatego nie może dopełnić obowiązków sędziego przysięgłego. [...] Własnoręczność podpisu doktora Medalje stwierdzam – kom[isarz] policji Jefimienko.

Dnia 17 lutego starego stylu (2 marca) nad wieczorem nastąpił kryzys. W kuchni grzano wodę, robiono gorące kompresy, jednocześnie na głowę przykładano worek gumowy z lodem. Mama płakała, pani Dowgiałło gorączkowo się krzątała, ja starałem się zachować spokój i pocieszać Mamę, ale już wiedziałem, że koniec – tuż.

O godzinie 23.00 Tatuś odrzucił z piersi kołdrę, przestał wpatrywać się w róg pokoju, gdzie przedtem gonił wzrokiem jakieś „diabełki”. Spojrzał na nas, zgromadzonych przy łóżku, w oczach błysnęła mu jakaś rozpaczliwa myśl, jakby chęć powiedzenia czegoś, żal bezgraniczny, że oto odchodzi już, zostawiając bez żadnych środków do życia żonę i dzieci. Westchnął, a kiedym przypadł do jego ręki: ciepła była jeszcze, wilgotna, ale już bez życia. Nasz żywiciel, opiekun, dusza naszego domowego ogniska, oś, dokoła której obracało się życie codzienne – nie żył.

Każdy z obecnych inaczej ten fakt przyjął: Mama szlochem i jękiem, młodsze rodzeństwo płaczem, Zocha z milczącą zaciętością i łzami w oczach. A ja? Bo ja wiem, czy wówczas myślałem? Jakieś urywki zdań niewypowiedzianych, zdziwienia tym, co się stało – przesuwały się z błyskawiczną szybkością w mej urwisowskiej głowie. Jak to? Więc mój Ojciec naprawdę nie żyje?! Ten człowiek, ten były człowiek, a teraz kawał ludzkiego mięsiwa, bryła bezduszna, to jest ten sam wesoły, kochający, jedyny Tatuś?! To być nie może! On nie umarł, on się obudzi, otworzy oczy jeszcze... Tatusiu! – wołałem w duszy. On jednak już oczu nie otworzył...

Nazajutrz wieść o śmierci rozniosła się po całej fabryce. Posypały się kondolencje, zainicjowano składkę na rzecz biednej wdowy z małymi dziećmi, na pogrzeb. W samej rzeczy, pieniędzy nie mieliśmy nawet na pogrzeb. Kosztem fabryki sprawiono trumnę i krzyż: olbrzymi, tak wielki, jak ten na Golgocie. Symbolizował czekającą nas dolę.

Pani Dowgiałłowa była w wielu wypadkach nam pomocna, lecz nikła u niej gdzieś serdeczność, spełniała tylko swą powinność wobec ludzi i zmarłego. On miał dla niej urok i wartość póty, póki liczyła na jego wyzdrowienie. Natomiast zjawił się inny duch opiekuńczy, a była nim pani Zofia Michałowa Golachowa. Kobiecie tej tyle dobrego mamy do zawdzięczenia, że śmiało twierdzić mogę – objawiła się w niej cała zacność prawdziwej matrony-Polki. Zajęła się nami w najserdeczniejszy sposób. Karmiła, pocieszała, pomagała w smutnych obrzędach, wreszcie doradziła, aby część lżejszych i droższych rzeczy u niej przechować, gdyż wierzyciele się odgrażali, iż zlicytują resztki chudoby. Nie wszyscy – ów Potapow, który pożyczył nam 100 rubli, machnął ręką i rzekł: „No cóż, umarł, znaczy – przepadło. Sądzić się z wdową nie będę”. [...]

Ciało śp. Tatusia po omyciu i przebraniu zostało złożone w salonie na stole i tam leżało około trzech dni. Aby uchronić je od psucia się, nie palono tam wcale, pomimo tego trzeciego dnia z nosa, uszu i ust ciekła mu złowonna brunatna ciecz i czuć było rozkładającego się trupa. Rozkład następował gwałtownie.

Nadszedł dzień pogrzebu. Mrozy w tym roku trzymały tęgie. Ziemia aż dzwoniła pod uderzeniami, wzorzysty zamróz pokrywał grubo co noc szyby, niebo na zachodzie było czerwone, zaś czasami od wschodu zrywał się silny wiatr i tłukł w okiennice, pokrywał czerwienią nosy i zmuszał jednych szukać ciepłego schronienia, innych kieliszka monopolki. Pamiętam, ten ogromny krzyż, przeznaczony na grób Tatusia, leżał obok drzwi na wpół przysypany śniegiem, nie dawał ani na chwilę zapomnieć, że on to jest wrotami, poza którymi pozostaje dawne życie... Z domu naszego wyruszył wóz z trumną, za nim dość liczny orszak publiczności i my koło trumny, za orszakiem w tyle drugi wóz z krzyżem.

Ksiądz sprowadzony z Mariupola eksportował zwłoki. Dziwny to był sługa Boży. Temu, kto poń pojechał, powiedział, że jeśli nie dostanie 25 rubli i koni tam i z powrotem – nie ruszy się z plebanii ani krokiem, w taki ziąb... Przyjechawszy, śpieszył się bardzo, niecierpliwie popijał herbatę, na rodzinę umarłego patrzył protekcjonalnie z góry, a już na cmentarzu, odmawiając modlitwy nad otwartym grobem, słowa pacierza przerywał wykrzyknikami: „A światłość wiekuista (gdzie moja szuba?) niechaj mu świeci (czy są już konie?) na wieki wieków (a czapka?!). Amen”. I pojechał. Zebrani licznie Rosjanie ze zdziwieniem patrzyli i słuchali polskogo ksiendza – czudnoj kakoj-to [dziwaczny jakiś]...

Były i przemowy nad grobem, a jakże, jeno krótkie, bo mróz srodze dokuczał, potem zadudniły grudki ziemi, zmarzłej gliny o wieko trumny i jeszcze jedno ciało tułacza-Polaka spoczęło na obczyźnie. [...] Grób Tatusia na miejscowym cmentarzu prawosławnym ogrodzono na wiosnę parkanem, a myśmy zasiali tam przeróżne kwiatki, które tak kochał Tatuś, i często chodziliśmy przesiadywać na ławeczce, wpatrując się w tablicę metalową i umieszczoną pod nią fotografią Ojca. [...]

Po paru tygodniach komornik na skutek wyroku sądu zlicytował resztę choć cokolwiek wartych gratów, potem na wiosnę przeprowadziliśmy się w dół, do uboższej dzielnicy, z czego po części nawet byliśmy radzi: poprzedni lokal zbyt wiele przypominał – minioną „świetność” i ból, i stratę.

Z zebranych przez pracowników pieniędzy sporo nam pozostało, trochę się osiągnęło ze sprzedaży domowych sprzętów – szykowaliśmy się do odlotu w rodzinne strony. A odradzali ten powrót wszyscy. I rodzina Ojca z Warszawy, i miejscowi znajomi. Proponowali Mamie, aby się podjęła stołowania urzędników, Zocha miała się uczyć nadal w gimnazjum, gdyż przełożona zaproponowała jej zwolnienie od opłaty czesnego, zaś autor tych wspomnień, jako kompletny hultaj i wykolejony z normalnego trybu nauki sztubak, miał jako geniusz z czteroklasowym wykształceniem zostać w zarządzie fabryki – skrybą. Mamie jednak było śpieszno po „złote runo” do Warszawy. Podejrzewam, ot tak – dobrodusznie, ze spokojnym uśmiechem – że kto wie, czy nie liczyła na pana Kazimierza Ciechomskiego.

My też nie popieraliśmy pozostania na Prowidansie. Jakaż to przyszłość nas czekała? [...] Zresztą, wszystko przypominało nam tu śp. Ojca, to, że dawniej byliśmy dziećmi poważanego i mającego znaczenie urzędnika, a teraz: pani Maciejewska ma zostać gospodynią? Nie. [...] Powróciliśmy do kraju. [...]

Dziś, po ponad 11 latach, gdy piszę te słowa, łzy mi się cisną do oczu. O, morze! Jakbym przypadł do twego brzegu piersią i całował twe fale! Jakbym pielęgnował grób swego Ojca! Jak pies biegałbym z miejsca na miejsce – wszędy, gdzie stąpała ma dziecięca stopa w zgodnym rytmie ze swym Tatusiem. Zwiedziłbym każdy kącik, obejrzał każdy dom, bo tam spędziłem swoje szczęśliwe dzieciństwo...

I jeśli Bóg pozwoli, powrócę tam: na dzień, na tydzień czy miesiąc – powrócę!

Warszawa, jesień 1924

Jerzy Konrad Maciejewski

 

Zapraszamy do zapoznania sie z całym numerem na stronie Ośrodka Karta