1947

1.1.1947, środa, Boernerowo

Była u nas znajoma p. Tani ze swym bratem z Łodzi. To jest gimnazjalista lat może 16-17. Należy do szkoły szybowcowej gdzieś na Śląsku. Opowiadał, jak pewnego razu we wrześniu ub. roku jechali autem po kombinezony lotnicze, ich 8 i porucznik.

Gdy zrobili popas na drodze w lesie, nagle ujrzeli, że są otaczani przez ludzi uzbrojonych i w mundurach wojskowych. Mimo, że mieli broń, nie sięgnęli po nią, bo się bali, tamtych było ze 40. Wywołali porucznika i chwilę dowódca partyzantów, szpakowaty kapitan, rozmawiał z nim dość gwałtownie, potem jednak wzięli się pod ręce i poszli szosą w najlepszej zgodzie. Im się radowały serca, gdy patrzyli na to. Partyzanci byli doskonale umundurowani w angielskie battle-dressy, białe getry i takież pasy, furażerki z orzełkami i na rękawach tarcze z Matką Boską i orłem. Uzbrojenie było bardzo nowoczesne, takie, jakiego nie ma regularne wojsko.

I to już zakrawa na farsę! – porucznik chciał od partyzantów odkupić trochę nabojów do swej „pepeszy”, niestety, nie pasowały.

Uczniacy chcieli poczęstować partyzantów winem, lecz odmówili, mówiąc, że oni tego mają dosyć. Rozstano się w najlepszej komitywie.

Jazda tym autem należała do dziedziny ekwilibrystyki. Była niejako tańcem wśród mieczów. Porucznik był bardzo zmęczony i ustawicznie zadrzemywał przy kierownicy. Samochód jeździł po szosie jak pijany. W dodatku nie miał hamulców. Skutek był ten, że raz wpadł – roztrącając – na procesję podążającą do Częstochowy, a potem, już w Łodzi, przed jakąś rosyjską komendą, wpadł na wóz wywracając konia. Zgromadził się tłum, wdał się w to jakiś Rosjanin. Zaczęła się gwałtowna sprzeczka pomiędzy nim a porucznikiem. Gdy nadszedł milicjant, Rosjanin myślał, że przybywa mu odsiecz, lecz milicjant powiedział, aby się do tych spraw nie wtrącał, bo oni są tu na swojej ziemi. Porucznik nabrał nowego animuszu i już chwycił Rosjanina za bluzę pod szyją. Rosjanin – za rewolwer. Widzowie pierzchli. Porucznik krzyknął do chłopców, by złazili z auta, co oni chętnie spełnili. Moskal poniechał sporu i pospiesznie zrejterował. Z okna komendantury patrzyli Rosjanie.

Opowiadał też o aresztowaniu jego kolegi (za posiadanie broni) przez UB. Został tak strasznie zbity, że ciało miał ciemno-brązowe. Bito jakąś liną, czy gumą, poczynając od pięt, a kończąc na gardle. Młodego chłopca. Polacy. Boże, wprost się wierzyć nie chce, ale przecież słyszę o takich sprawach nie pierwszy raz…

19.1.1947, niedziela, Boernerowo

Rano, wraz z Tomkiem znosiłem, układałem i rąbałem furkę drzewa kupioną wczoraj za 1100 zł.

Potem poszedłem z Erną (żoną) do Babic głosować. Do Babic jest bitych 4 km, dzień był chłodny i wietrzny, błoto i woda na podmarzniętym gruncie.

Ogromne ogonki. Jeden to Babice i okoliczne wioski, drugi - Boernerowo. Nie posuwał się prawie wcale. Przemarzliśmy na tym wietrze okropnie. Gdy fotografowałem ogonki, zbliżył się do mnie wysoki, młody człowiek: „proszę o dowód osobisty”.

„A pan kto jest?”
„Z urzędu bezpieczeństwa.”
„Proszę się wylegitymować.”

Pokazał mi swoją legitymację, a wówczas ja jemu swoją. Popatrzył bystro: był to „Dziennik ludowy”. No, gdyby to organ PSL !…

Byłem w kropce: nie zabrałem z sobą żadnej kartki do głosowania. Erna chciała mi dać, ale miała jedynie „5”, ja zaś postanowiłem głosować na „3”. Dlaczego? Przez prostą lojalność dla rządu, bo jestem przeświadczony, że w obecnych warunkach, jeśli chodzi o politykę zagraniczną i politykę gospodarczą robi co może, że - zwłaszcza w pierwszej - inaczej postępować nie może.

Aliści kiedy dostałem się wreszcie po 2 1/2 godzinach do lokalu wyborczego i sięgnąłem po kartkę, uprzytomniłem sobie, że ostrożny sąsiad dał mi oba numery: 3 i 5. Wpadł mi w rękę „5” i włożyłem go do koperty. Dopiero jednak na ulicy uprzytomniłem sobie, że włożyłem nie ten numer, który chciałem i aż zrobiło mi się zimno, a przede wszystkim b. nieprzyjemnie . Jakbym komuś bez najmniejszej potrzeby skłamał…

Głosowanie przebiegało bez tarć. Co prawda na pierwszym piętrze budynku szkolnego widać było w oknie żandarma i stojące na parapecie granaty ręczne, co prawda pełno było milicji, ORMO i kilku dodanych do pomocy podchorążych lotnictwa - ale wewnątrz każdy mógł bez przeszkód i niewidocznie włożyć do koperty ten numer, który chciał.

Inna rzecz, jak będzie z obliczaniem. Choć co do członków tej komisji, to nie było powodów posądzania ich o złą wolę.

Pani J.S., nasza sąsiadka, postanowiła poza kolejką dostać się do lokalu wyborczego. Przez czas dłuższy to się jej nie udawało, aż wdała się w gwałtowną sprzeczkę z podchorążymi i jakimś dostatnio ubranym jegomościem w pilśniowym kapeluszu (czy też nie z UB?). Spróbowałem interweniować, bo pani J.S. zostawiła w domu maleńką córeczkę, ale podchorążowie byli nieugięci: niech ogół się zgodzi. A ogół nie chciał się zgodzić… Milczał. Pani J.S. wołała do mnie: „panie reporterze, niech pan to opisze, sfotografuje!”. Ostatecznie dostała się z najbliższą transzą do środka. Podziwiałem jej upór i wytrwałość i nawet tupet z jakim walczyła o dostanie się do środka. Erna by tego nie zrobiła nigdy.

Jakaś starsza kobieta chciała się dostać na ów odrapany ganek wznoszący się, jak Arka Noego z błota, i podchorążowie nie chcieli słuchać ani jej argumentów, ani ją puścić. W końcu jeden jej podobno powiedział, żeby się wynosiła „na zbity łeb”. Doprowadziło ją to do pasji: głosem przechodzącym w dyszkant krzyczała, że jak on śmie; ona dwóch synów straciła w Powstaniu!.... Podchorąży blady, z zaciśniętymi zębami, powtarzał: „proszę zejść”>. Było mi jej żal i myślałem, że w podnieceniu powie coś, czego później będzie żałować, więc podszedłem do niej i ująwszy pod łokieć prosiłem, by zaniechała tego sporu, który i tak do niczego nie prowadzi.

Patrzyła na mnie zrazu nierozumiejącymi oczami, potem powiedziała, że ona się teraz już niczego nie boi.