1940

Francja / Szwajcaria, 19 czerwca 1940 r.

Wchodzimy do wsi Dasle. Do kafejki – po raz ostatni na ziemi francuskiej. Nic tu jednak nie ma do zjedzenia, a nawet brak piwa i lemoniady. Kupujemy wobec tego dużo wina do manierek, a w pobliskiej épicerie chleba i sardynek.

Spieszymy się bardzo. Teraz, gdy granica jest tak blisko, nie do zniesienia staje się myśl, że Niemcy mogliby nas zagarnąć do niewoli. Myślę: baraki, druty kolczaste, wieże strażnicze, głód, tęsknota… - i wzdrygam się. To tak, jakby w piękny, letni dzień zajrzał nagle do otwartego grobowca.

Mijamy wieś, gdzie pozornie nic nie zdradza olbrzymiego przewrotu, jaki się dokonuje w życiu narodu i państwa. Dzieci bawią się na ulicy, dziewczęta z grabiami na ramionach wracają z sianokosów, chłopi krzątają się przy obejściach… Przelotnie, bez większego zainteresowania spoglądają na nas i ta obojętność niebawem wydaje mi się wielkim krzykiem. Sam nie wiem tylko, czy nie krzykiem oskarżenia?

Na nagim wzgórzu za wsią Francuzi zaczęli budować jakieś umocnienie, a następnie nie dokończywszy wysadzili je w powietrze, niszcząc drogę dwiema potężnymi eksplozjami. Olbrzymie jednak wyrwy w razie czego nie zahamują posuwania się czołgów. A punkt ten dominuje nad ogromną połacią kraju, u jego stóp położonego. Kraj żyzny, bogaty, piękny – bezbronny. Wyludniony.

Upał. Ciężko iść pod górę. Coraz bardziej w tym marszu pozostaje w tyle Aromatyczny. Wreszcie widzę, jak odpina pas i rzuca na ziemię. Podnoszę go i mówię:

- Zgubił pan pas.
Nie odpowiada nic.
- Proszę, oto pański pas. Trzeba do końca zachować wygląd żołnierski.
- Co pan chce ode mnie? – woła histerycznie. – Przyczepił się i „pas, pas”. Na co mi teraz pas?

Wzruszam ramionami i pas, spiąwszy na klamrę, wieszam sobie na szyi. Aromatyczny idzie zgarbiony przede mną i widzę, jak na jego szyi poprzez zwiotczałą skórę coraz bardziej występują pogrubiałe żyły. Koszulę odpiął na piersi. Z niesmakiem dostrzegam wystające żebra klatki piersiowej i pęczki siwiejących włosów. W głowie błąka się myśl: „A przecież taki był zachłanny na kobiety. Mimo wszystko.” To „mimo wszystko” odpowiada, zdaje się, pojęciu „mimo swoich lat”. Ale tego nie odważam się nawet myśleć, boć przecież i ja…

Na przeciwległej stronie wzgórza, w małym przetrzebionym lasku zatrzy-mujemy się na odpoczynek i posiłek. Humory wybitnie się poprawiają. Pijemy wino. Wtem plutonowy B. przypomina sobie:

- A gdzież jest ten nasz Ukrainiec?

Szukaj tatka latka – śmieją się – zwiał zaraz wtedy, kiedy mijał nas samochód z żołnierzami.

Wieś. Ostatnia wieś po stronie francuskiej. Posterunek celny – pusty. Siedzi tu kilku Hiszpanów. W ogóle czerwonych Hiszpanów spotykamy tu wielu. Są w jeszcze gorszym, aniżeli my położeniu, bo nie korzystają z praw kombatantów. A co będzie, jeśli i my się staniemy takimi tułaczami po całym świecie?

Marynarz pod wpływem wina staje się rozmowny, choć zasób wyrazów ma taki prymitywny, jak u dzikusa z wysp Polinezji. Operuje właściwie tylko jednym czasownikiem i dwoma rzeczownikami w najrozmaitszych kombinacjach. Uważa, że teraz, skoro wszyscy jedziemy na jednym wózku, odpadają względy hierarchii wojskowej, że ona nas już nie obowiązuje, że jesteśmy kolegami: ty i ja – brat łata. Więc mówi nam per albo po nazwisku, podobnie jak porucznikowi i to mu jak widać sprawia specjalną przyjemność. W mowie jego plączą się poprzekręcane nazwy najrozmaitszych portów świata oraz wyrazy z najrozmaitszych wspomnień, w których najważniejszą rolę odgrywają bary, alkohol i kobiety, czasami echo jakiejś bójki. Stopniowo jednak i on cichnie, w miarę jak upał się potęguje. Czy mi się zdaje, czy rzeczywiście wszyscy zwalniamy kroku w miarę zbliżania się do zespołu schludnych budynków na skraju pola, o których myśleliśmy, że to już Szwajcaria?

Drogę zagradza bariera w białe i czerwone pasy, nad nią zwisa wielki, czerwony sztandar z białym krzyżem. Przed i za barierą żołnierze w szaro-zielonych mundurach i hełmach wielkich, jak za czasów Średniowiecza. To punkt graniczny Fahy.

Jeszcze jest czas się cofnąć. Jeszcze jesteśmy wolni. Jeszcze możemy wrócić do odległej o 2 kilometry wsi, skąd odgałęzia się droga do francuskiego fortu, obsadzonego podobno jeszcze przez wojsko francuskie. Trochę mi ta wiadomość wydawała się dziwną: bo skoro poszczególne forty Belfortu oddawali bez wystrzału, to czyżby tkwili jeszcze tu, na pogranicznym posterunku? Jeszcze możemy wrócić… Żar leje się z nieba i z czoła, po plecach leje się pot. Nagle czuję się bardzo, tak bardzo zmęczony: i tą drogą, i myślami, i życiem…

Grupka nasza stoi na środku drogi w pełnym słońcu. Zbliżam się ciężkim krokiem do bariery i melduję porucznikowi szwajcarskiemu, że oto kilku nas, co uniknęło niewoli, szuka azylu na wolnej ziemi szwajcarskiej.

Odpowiada, żebyśmy się ustawili rzędem i przygotowali do wejścia na teren Szwajcarii..

To jednak nie takie proste. Ukazuje się wyższa szarża – kapitan. Z tym nie taka prosta sprawa. Mają zarządzenia tylko co do oddziałów francuskich. Co do polskich – muszą się skomunikować z dowództwem batalionu.

Na drodze zostaję tylko ja wraz z porucznikiem, reszta schodzi w cień kasztana. Aromatyczny położył się i ziaje jak zgoniony pies. Doktor oparł się o pień drzewa i patrzy wstecz na przebytą drogę. Może zresztą nie tylko drogę w material-nym tego słowa znaczeniu…

Prosimy o wodę i żołnierze szwajcarscy przynoszą ją nam. Tymczasem głośnik radiowy buczy słowami komunikatu. Zbyt jednak jestem zaabsorbowany rzeczywistością, aby się wsłuchiwać w sens obcych wyrazów.

Wreszcie oficer szwajcarski daje znak, że można wejść.

Serce ściska się gwałtownie i w piersiach czuję zimno. To już, to już za chwilę…

Bariera się unosi i wkraczamy gęsiego na terytorium Szwajcarii. Jest godzina 12:45.

Oficer pyta, czy mamy broń lub amunicję? Spoglądam na kolegów. Pistolety? Nie, porzucali je przed przekroczeniem szosy pod Montbéliard.

Jedynie doktor wysuwa się na czoło i ociągając się podaje swój pistolet

Francja, 17 lipca 1940 r. Druga Dywizja Strzelców Pieszych

O godzinie 13 nastawiamy radio na stację francuską. Słychać stary, wzburzony głos. To mówi marszałek Petain. Jestem jeszcze roztrzęsiony trochę i nie wszystko rozumiem, ale sens tego jest taki, że Francja walczyła jak mogła, że wypełniała swe zobowiązania wobec Aliantów i dłużej walczyć nie jest w stanie. Marszałek chce – jak żołnierz z żołnierzem po rycerskiej walce – omówić z przeciwnikiem warunki zaprzestania działań wojennych.
Nie wierzę swoim uszom i zwracam się do gospodarzy o potwierdzenie. „Oui, c’est fini”.

Wyskakuję z domu. Biegnę wiejską ulicą bez beretu na głowie. Spotkanemu por. N powtarzam tę nowinę. Nie wierzy. Zawracam wraz z nim i paroma żołnierzami do domu Lusette. Francuzi potwierdzają wiadomość. To – według nich – koniec Francji. I nagle zaczynają płakać: Lusette, gospodyni i jej mąż, ciężki, masywny chłop, co 5 synów ma w wojsku.

Wracamy do dowództwa pułku. Por. N. melduje dowódcy i szefowi sztabu o tym, iż Francja prosi o rozejm. Wrażenie jest wstrząsające. I natychmiast, prawem reakcji, budzi się przypuszczenie, że była to audycja sfałszowana przez Niemców. Przecież uciekali się już do tego rodzaju tricków. W konsekwencji zawisa nade mną bardzo nieprzyjemne poczucie, że sieję defetyzm. A to już „piąta kolumna”. Jakiś porucznik o bladej twarzy i trochę nieprzytomnych oczach napiera na mnie:

- Skąd pan wie, że to była radiostacja francuska? Czy zna pan głos Petain’a?
- Jak to? Przecież była zapowiedź Tuluzy, potem grali Marsyliankę.
- A skąd pan wie, że to była Tuluza? Czy zna pan głos speakera?
- Nie znam głosu speakera Tuluzy, ale Francuzi znają głos swego marszałka a oni to potwierdzili.

To jednak go nie zadowala. Patrzy na mnie takim wzrokiem, wypytuje z taką wrogością, że zaczynam coraz częściej spoglądać na jego pistolet. Strzeli mi w łeb – myślę – a potem będzie się tłumaczył, że działał w afekcie. Przy pierwszej sposobności schodzę mu z pola widzenia.

Na późniejszy o godzinę dziennik przyszła większa grupa naszych żołnierzy i kilku sąsiadów wuja Lusette’y. Gdy powtarzano nagrane na płytę przemówienie Petain’a, wśród słuchających wieśniaków rozległy się odgłosy niezadowolenia i protestu. Niektórzy nasi mieli łzy w oczach. Wszyscy pomstują na Francję – wielkie imperium, które się załamało w ciągu 36 dni.

Ale i ten dziennik nie upewnił wszystkich. Toć sam pułkownik po przyjeździe oficera francuskiego i rotmistrza z Oddziału Rozpoznawczego wyszedł do żołnierzy i powiedział, że poprzednia (to znaczy przyniesiona przeze mnie) wiadomość nie była prawdziwa, a marszałek Petain postanowił walczyć dalej.

Godzina 15:15

Radio londyńskie potwierdziło zarówno fakt wszczęcia pertraktacji przez Francję, jak i determinację prowadzenia przez Anglię wojny do zwycięskiego końca.

Już nie było wątpliwości. Amplituda wahań dziejowego zegara przesunęła się w przeciwną stronę. Po Sedanie był w 47 lat Wersal, po nim w 21 lat – czerwiec roku1940. Hitler zapowiada 1000-letnią erę narodowo-socjalistyczną…

Wszyscy siedzieli bezczynnie pod wielkim kasztanem na podwórzu przed miejscową szkołą. Goniec pułkowy opowiadał, że niektórzy Francuzi wiadomość o zawieszeniu broni witali radosnymi okrzykami. Nawet u nas są tacy, którzy uważają, iż wojna już się skończyła.

Wydany został rozkaz palenia papierów i dokumentów. Znoszono je do ogrodu, oblano benzyną i zapłonęły niebawem jasnym ogniem. Palił się wielomiesięczny owoc żmudnej i biurokratycznej po części pisaniny. Regulaminy i księgi ewidencyjne. Duży tego stos. Paszporty, za którymi zjeżdżaliśmy z całego świata …
Powielacz, papier, kalkę i paczkę książek francuskich zaniosłem nauczycielce. Jej to się przyda. Kilka książek lżejszej treści ofiarowałem Lusette. Była jeszcze skrzynka książek polskich, z takim trudem zbieranych. Rozkaz brzmiał: zostawić wszystko. Mimo to zatrzymałem komplety „Krzyżaków”, sprowadzonych tuż przed wyjazdem z La Maucarriere.

Zaczął padać deszcz i papiery nie chciały się palić. Żołnierz musiał stale przewracać je długim patykiem. Gęsty dym ścielił się nad ogrodem. Przypomniał mi się Babadagh w Rumunii – obrazek był ten sam…