1920

Milatyn Nowy (dawne woj. tarnopolskie, pow. kamionecki), 5 września 1920 r.

Przy brudnym stole, otoczony chmarą brzęczących i gryzących much, piszę te słowa już jako ranny. Zaczynam jednak.

Zbudziły mnie bolszewickie szrapnele pękające 50 kroków na lewo od nas, akurat nad rowem, chroniącym naszą placówkę. Mgła bardzo gęsta pozwalała widzieć teren ledwo na kilkadziesiąt kroków wokoło, co łącznie z wczesnym ogniem artyleryjskim i wczorajszemi meldunkami 40 pułku piechoty, „że bolszewicy grupują się do ataku” – pozwalało przypuszczać, że ranek dzisiejszy nie będzie spokojny.

W samej rzeczy, w miarę przerzedzania się mgły, wyłaniało się coraz więcej bolszewików łączących się w tyralierę na linii swych okopów. W chwilę później cała tyraliera ostrożnie ruszyła naprzód, kryjąc się o ile możności, za chałupy i we wgłębieniach gruntu. Linia atakujących była olbrzymia: żadnego skrzydła jej nie mogłem dostrzec, więc od razu domyśliłem się, że atak jest zakrojony na szerszą skalę i my nie zdołamy się utrzymać.

Jednakowoż otworzyliśmy dosyć intensywny ogień z 9 karabinów, lecz cóż to znaczy! Czerwoni posuwali się ogromnie ospale, ja zaś ze zdumieniem zauważyłem, że kulomiot z lewej strony (podch. Zdr.) po wypuszczeniu jednej serii – umilkł. Jak się później dowiedziałem – cała obsada stanowiska po prostu zwiała.

My ostrzeliwaliśmy się nadal. Nie chciałem opuścić przedwcześnie stanowiska, aby nie załamać fontu, lub też nie narazić się na zarzut tchórzostwa. Sam też strzelać tak, jak chciałem, nie mogłem, mając niemiecki karabin kawaleryjski i 75 nabojów doń, które należało oszczędzać.

Wraża tyraliera zbliża się coraz bardziej. W oczach swych chłopców czytam zapytanie i niemą prośbę o niegubienie ich.

Bolszewicy są już o 300 kroków, ich artyleria bije poza nasze okopy, jest to ogień zaporowy. Podaję komendę: wyjść z rowu, ustawić się w tyralierę i ostrzeliwując się wycofywać do wsi!

Wysłałem przedtem z zawiadomieniem łącznika w lewo (do Śmielaka, zresztą nie wiedziałem o rejteradzie oddziału Zdrodowskiego) a moi chłopcy, ledwo opuścili rów, zaczęli śpiesznie grupkami odchodzić do wsi. Zaledwie zdołałem znakami pokazać im, aby gęsto strzelali, czego nam nie żałowali czerwoni, na szczęście nikogo nie trafiwszy.

Chałupy. Granaty rwą się ze wszystkich stron. Tyraliera bolszewicka minęła już opuszczone przed chwilą okopy. Zbiegamy ku strumykowi, przechodzimy po kładce, ostatniemu każę ją zdjąć i puścić z wodą. Wchodzimy na wysoki nasyp szosy, przebiegamy mostek kierując się w lewo w celu połączenia z resztą kompanii. Wtem, zza zakrętu ulicy wysypuje się 4-ta kompania z por. Mally’m na czele, biegnąca do kontrataku. Porywają nas, biegniemy z powrotem. Nagle od czoła naszej kolumny buchają pojedyncze strzały – jeszcze i jeszcze! Strzelanina potężnieje – zda się, że tysiące chłopów wali cepami po klepisku. Kupy bolszewików próbują stawiać opór, lecz pod naporem biegnącej kolumny uciekają, gdzie kto może. Ja, z kilkunastoma ludźmi zostaję na zakręcie, bo oto widzę, jak bolszewicka piechota i taczanki zajeżdżają nam na tyły… Grupka żołnierzy, złożona przeważnie z czwartaków, dąży do połączenia się ze swoimi, opuścili mnie też, a moich chłopców pozostało tylko trzech, wobec czego i ja muszę dołączyć do 4 kompanii. Szukam dowódcę. Oto i on. Jest blady, rozumie sytuację… Na piersi widzę tylko skromną odznakę I-go Baonu… Poleca mi, abym ściągnął swych ludzi i obsadził nimi opuszczone placówki, bo chce zebrać kompanię i trzymać ją w pogotowiu na wypadek ponownego ataku. Wysyłam łączników w lewo, wzdłuż tyraliery 4-tej kompanii, aby zebrali wszystkich moich, dwóch innych w celu nawiązania łączności z dowódcą komp. Został mi się tylko jeden żołnierz. Strzelanina nie ustaje, na prawo wzmaga się, tworzy się nowa tyraliera bolszewicka, którą kozacy zaganiają do ataku.

Porucznik Mally pisze na kartce wydartej z mego notatnika meldunek do dowództwa Baonu, gdy nadbiega łącznik z okrzykiem: - zachodzą na tyły! Mally zbladł jak chusta, ale zwracając się do żołnierzy, rzekł: - to nic, stąd pójdziemy do kontrataku, wycofać się zdążymy. Za mną!

Obsada rowu przed nami cofała się już. Bolszewicy skupiali się do ataku na białą broń. Wysypaliśmy się z otwartej na oścież bramy stodoły z krzykiem „hurra!”, lecz cóż… naprzód wyskoczyło nas tylko kilkunastu, reszta rozpierzchnięta wokół stodoły, ograniczyła się tylko do strzelaniny. Wystrzeliłem ostatnie 5 naboi, przerzuciłem mauzera w lewą rękę i wyjąłem „nagana”. Czerwoni zachęcani przez jakiegoś komisarza, z karabinkami w ręku, pochylili broń do ataku. Obejrzałem się rozpaczliwie w tył. Wszystko przepadło! Trzeba się cofać! Gdzie porucznik? Zobaczyłem go rozciągniętego na wznak na ziemi. Przystawił browning’a do skroni.

Panie poruczniku, co pan robi?
Zwrócił na mnie zamglone spojrzenie.
- Ranny jestem – rzekł z uśmiechem i pociągnął za spust.

Bolszewicy byli o 100 kroków. Wszystko uciekało w panice. Zacząłem biec i ja, gdy poczułem piekący ból i uderzenie w nogę.
- Jestem ranny! – krzyknąłem do biegnących obok żołnierzy i wiedząc, że daleko nie pobiegnę skierowałem się do pierwszej z brzegu stodoły. Obok załadowanych aż do szczyt sąsieków, leżała kupa wymłóconej już słomy, zakrywającej wykopany pod nią dół, gdzie schowała się przed bitwą rodzina gospodarza. Postanowiłem schować się do tego dołu i wprowadzając swe postanowienie momentalnie w czyn, zacząłem się pchać do środka…

Nie było to jednak łatwe, gdyż schronienie było zapchane ludźmi, beczały w nim cielęta, leżały poduszki i pierzyny. Pomimo wysiłków nie udało mi się tam wcisnąć. Widząc, że nic nie poradzę, wsunąłem się za snopki ustawione przy sąsieku. W sam czas, bo w chwilę później usłyszałem tupot ścigającej naszych bolszewickiej hałastry.

Jestem prawie zgubiony, pomyślałem sobie, zrywając odznakę sierżanta z furażerki i naramienników. Karabinek jeszcze przedtem wetknąłem w słomę, a po zerwaniu odznak, uspokojony nieco, zdjąłem z pasa nagan i odetchnąłem głębiej. Teraz dopiero dało się odczuć pragnienie i tępy ból w nodze.

Pierwsza linia bolszewicka przeszła już i chłopi poczęli wychodzić ze swych kryjówek. Usłyszałem, że rozmawiają ze sobą po polsku. Może nie wydadzą? Jeden z nich, wyglądając na pole wyszeptał: o, kawaleria! Ze cztery sotnie. Rozwijają się do ataku. A piechoty co idzie!

Zacząłem szeptać: Ej, panie, panie! Schowajcie mnie gdzie…
Spojrzał ciekawie na mnie – Ranny?
Tak, w nogę.
Nie mam gdzie pana schować.
To proszę mi dać wody i jaki gałgan do obwiązania nogi.
Teraz nie można, a bandaż tam gdzieś na półce leży…

W samej rzeczy jakichś dwóch drabów wpadło do otwartej stodoły wołając:

Ej, hoziain! Poliaki jest’?
Nie ma, panoczku – wyjęczał chłop.
A ranionych toże nie ma?
Nie ma, panoczku…

Wstrzymując oddech przysłuchiwałem się tej rozmowie. Poszli. Jadą kozacy. Słychać . Oto jestem w środowisku, które tylekroć chciałem zobaczyć: jak też wyglądają bolszewicy wtedy, gdy są spokojni i maszerują u siebie na tyłach. Ale widzieć ich nie mogę, chociaż słyszę doskonale. Powoli się uspokajam. Zauważyłem, że chłop boi się, aby mnie u niego nie znaleziono, więc rozgląda się po okolicy, a potem mówi: Tutaj panu i niewygodnie, i niebezpiecznie. Niech pan przejdzie do następnej stodoły, tam na zbożu bardzo dobrze można się schować. Prędzej, póki nikogo nie ma!

Gramolę się ze słomy, przeklęta furażerka gdzieś się zawieruszyła… Przebiegam, utykając, do stojącej obok stodoły i włażę na pszenicę ułożoną w sąsieku. Wreszcie znalazłem się pod samym dachem za wałem ułożonym ze snopów, ułożyłem się we wgłębieniu i postanowiłem czekać na dalszy ciąg tej historii. Strzelanina tymczasem niemal zupełnie ścichła, z rzadka tylko odzywały się nad rzeką kulomioty. Bolszewicy podprowadzili baterię aż do chałup, w których poprzednio kwaterowaliśmy i każdy wystrzał z niej odzywał się echem w mym sercu: < to w naszych> !

Z krótkiej drzemki, w którą zapadłem, obudził mnie duży kot z obciętym ogonem, zapewne zwietrzył zapach krwi, ale widząc, że istota obficie nią brocząca żyje, uciekł natychmiast. Po chwili nowy szelest, ktoś ostrożnie włazi na słomę kierując się do mnie. Instynktownie ściskam nagan w ręku, ale nie, to pewnie nie , nie szedłby tak ostrożnie. W istocie ukazuje się po chwili głowa chłopa w kapeluszu, przygląda mi się jakiś czas, wreszcie zaczyna rozpytywać: czym ranny, gdzie, jaką mam szarżę i co zamyślam robić?

Opowiada, że bolszewicy w znacznej sile zajęli Busk, że nasi bronią się z przeciwnej strony, że rannych bolszewicy pozbierali, opatrzyli i znieśli na jedno podwórze, że lepsze części mundurów im pozdejmowali, że tu, niedaleko leży zabity nasz oficer, że wątpi, aby nasi powrócili, radzi więc, abym poczekał do wieczora, a najwyżej do rana i udał się do bolszewickiego ambulansu…

Poprosiłem, żeby przyniósł wody do picia i jakąś czystą szmatę do obwiązania rany. Odszedł. Zdrzemnąłem się znów. Obudziłem się spocony, gdyż dręczyły mnie wizje ataku, kontrataku, rannych kolegów… Znów szmer i zjawia się nowy gość – to brat mego gospodarza, wyrostek lat 15-16. Przynosi buteleczkę mleka, kromkę chleba i oczami bazyliszka przygląda się, jak rwę wszystkie dowody i dokumenty stwierdzające mą szarżę. Do swych pamiętników wkładam dyplom , mapę, papiery z ministerstwa…

Chłopak wypytuje, czy jestem oficerem? Radzi, aby się zaraz zameldować u bolszewików, bo jeżeli oni mnie tu znajdą – zabiją. Mówi, że naszych wyparto hen, za rzekę, że Busk i Kraone już zajęte, a nawet i Podzamcze. Nasi nie wrócą, bo bolszewicy mają duże siły. Patrzy na mój płaszcz i mówi:
- Ten mantel chyba pan zostawi, bo po co mają bolszewicy zabrać? I buty też. Oni zaraz zdzierają. Ten pierścionek złoty?
- Tak – odpowiadam.
- Po co mają go zabrać? Na odchodnym pan mi go podaruje…
- Tak, tak. Jak będę szedł do bolszewików.

Nareszcie ta hiena poszła. Odetchnąłem. Uczuć, jakie mną miotały, niepodobna opisać. Chłopom mówiłem, że 19-ty pułk nie daruje tej porażki, odbierze, co utracił, a sam poniekąd wątpiłem w swe słowa. Dlaczego mogąc wieś obsadzić batalionem, zostawili tu tylko 2 kompanie? Może wyjaśnienia tego faktu trzeba szukać w krążących pogłoskach, jakoby brygadier, pułk. Dąbrowski, zamierzał urządzić defiladę, wobec czego wycofano nasz II i III baon? Możliwe. Pułk. D. zbyt jest znany ze swej pasji urządzania defilad, pochodów itp.

Co do możliwości, że będę zmuszony oddać się bolszewikom, chciałem przeczekać do następnego rana a nawet do wieczora tylko i potem iść do ambulansu, o ile się da – udawać nawet Moskala – do czasu.

Starszy z dwu chłopów przyniósł mi rękaw jakiejś koszuli zmoczony w zimnej wodzie. Okręciłem nim swą ranę. Jest to przestrzał lewego uda, kość nie naruszona, ale za to znaczny upływ krwi. Oddałem chłopu na przechowanie swój nagan z 19 nabojami, kaburę, dokumenty, pamiętniki, proszek i szczotkę do zębów (bo tych używają tylko białogwardziści i burżuje) – wszystko w skórzanej torbie. Po odejściu chłopa zdrzemnąłem się ponownie.

Obudził mnie huk bolszewickich armat, lecz już ustawionych na dawnym miejscu, tj. dalej o jakieś dwa kilometry. Strzelanina wszczynała się to tu, to tam, rechotały kulomioty. To było na Podzamczu… Potem zaczęło się od prawego skrzydła. Grzmiały salwy, słychać było daleki krzyk hurra! Serce mi biło przyspieszonym tempem, ale chwilowo wszystko ścichło. Cisza wkrótce jednak została zamącona jeszcze silniejszym ogniem i hurra! Koło „mojej” stodoły galopowali kozacy, dwóch przystanęło koło węgła i zaczęło strzelać do naszych. Jednego widziałem przez szparę. Był w długich, ładnych (!) butach z ostrogami, niebieskich, sukiennych spodniach z żółtymi lampasami i „gimnastiorce” oraz w zwykłej rosyjskiej czapce. Uzbrojenie stanowił krótki karabinek, spisa i szabla. Ach, jaką miałem chęć wziąć go na cel, tylko, niestety, nie miałem z czego! Ten drugi strzelił raz i drugi, a potem zaśmiawszy się, zawołał:
- Nu, i chłopnuł-że jewo!
Poczym, po chwili, już ich nie było. Zaległa cisza. Wtem słyszę bystre stąpania i głos jakiś mówiący z pasją:
- Ale i kaprale (taka ich mać!) poza stodołami łażą!

Nie wierzyłem swoim uszom. Wyglądam przez szparę, idzie dwóch żołnierzy w naszych mundurach i furażerkach.
- Z jakiej kompanii, bracia?! zawołałem urywanym głosem.
- A ty co tu robisz? zapytał jeden z nich.
Odpowiedziałem. Poszli dalej. Wyszedłem ze stodoły, a widząc, że chałupa zamknięta i żywej duszy nie widać, postanowiłem po pozostawione rzeczy przyjść później, lub kogoś przysłać (był to fatalny błąd!). Sam obawiając się powtórnego przyłapania pokusztykałem w stronę miasta.. Zaraz też spotkałem jednego znajomego z 8-mej kompanii, któremu zagwoździł się karabin. Ofiarował się odprowadzić mnie do ambulansu.

Bolszewickie karabiny maszynowe terkotały jak szalone, kule wyśpiewywały swą posępną melodię śmierci i wyrzucały ziemię do góry – szliśmy dalej. Z prawej strony szosy, w małym wgłębieniu – 7 komp. z d-cą Niewiarowskim, chwilowo odpoczywa. Prowadzą rannych. Proszę o bandaż. Daje mi go jeden z żołnierzy, odrzucam więc nogą mokry i skrwawiony rękaw, który dawno osunął się i bandażuję nogę. Rozpruta od góry do dołu nogawica telepie mi się po nogach. Nie zważam na to, byle prędzej do swoich…

Spotykam d-cę II Baonu, potem III-go. Z kapitanem Rodziewiczem idę aż do samego pałacu, gawędząc z nim – wszystko furda! To zaszczyt być rannym drugi raz w ciągu tak niedługiego czasu! Bateria bolszewicka bije jak wściekła, chcąc zatamować dostęp odwodom, które nawiasem mówiąc – wcale nie nadchodzą, natomiast z chałup nieszczęśliwych chłopów drzazgi idą. Przy drodze, w rowie, leży skulony trup naszego żołnierza, dostał kulą, w dodatku porąbali go szablami. Ze szkoły wynoszą jednego ciężej rannego i trzech wychodzi o własnych siłach. Przechowali się również, pomimo, że ich szukano.

Nareszcie i pałac. Witają mnie ogromnie zdziwieni adiutanci pułku i baonu i pewien znajomy porucznik z 8 baterii 5pap’u. Adiutant Kiszkowski na wieść o śmierci por. Mally’ego, macha zrozpaczony ręką, bo jak się dowiaduję, ranny jest dwukrotnie i por. Mackiewicz, zastępca d-cy I-go Baonu. W samej rzeczy najwięcej rannych i zabitych jest pośród starych oficerów i żołnierzy.

Oto i moja kompania. Otaczają mnie hurmem, ściskają, wypytują gdzie byłem? Pewni byli, żem się zastrzelił lub też dostał do niewoli. Pytam się, co słychać w naszej kompanii. Lekko ranny jej dowódca, ranni: Zakrzewski, Dąbrowski i wielu innych, co czyni razem ze mną 13 rannych i zabity sekcyjny ST. Kossuthx/ „pierwszobaonowiec”, b. porządny chłopak.. Ojciec jego jest woźnym w telegrafie, w Warszawie, znam go osobiście. Długa gawęda ze swoimi. Zjawia się ambulans, idę do opatrunku, podczas którego śmieję się. Głupstwo, rana nie boli. Przyjeżdża prowiantura i Mikke rozdaje „fasunek”, mnie daje bochenek chleba i paczkę tytoniu, w ogóle wszyscy są ogromnie życzliwi.

Dowództwo kompanii objął ppor. Wolfart, sierżantem jest Berdzińskixx/, 1-szy pluton ma Mrozowski – zupełnie nieodpowiedni…Z należnego żołdu spłacam tych, u których kupiłem skórę i spodnie i jedziemy do Milatyna, gdzie mają stać tabory, żegnani gremialnie.

Zaczyna padać deszcz. Jak się okazuje, tabory stoją nie w Milatynie, a pod lasem, tam, gdzieśmy biwakowali 1 września. Zajeżdżamy tam, aby wyładować z fury pozostały chleb. Spotykam tu Dudusia, przywiózł mi moją walizkę, ale mało z niej wyjmuję, ładuję natomiast do plecaka skórę, spodnie, rękawiczki i niektóre drobiazgi. Nareszcie odjeżdżamy.

Wobec tego, że deszcz nie przestaje padać, nakrywam się aż na głowę drugim płaszczem i kocem, i drzemiąc dojeżdżam do Milatyna.
Ambulans pułkowy wyjechał… Chcę jechać za ambulansem lub na stację, lecz ranni żołnierze, zmókłszy porządnie, protestują. Vox populi, vox dei, zostajemy więc na nocleg w obszernym zajeździe. Piję tu dwie szklanki herbaty, słucham opowieści o bolszewikach i „walecznych 19 pułku”, spać będę zapewne na wozie…

Złoczów, 24.XII.1920 r. 19 pułk Odsieczy Lwowa

Trzecią to już Wigilię spędzam jako żołnierz w polu, z dala od rodziny, lecz obecna była najprzyjemniejsza… i najmilsza ze wszystkich. Zaraz z rana pobiegłem na rynek, aby kupić buraki, gdyż jako pierwsze danie ma być barszcz z uszkami. Kupiłem buraki za 140 marek i posłałem do kuchni, gdzie już od rana kilku żołnierzy robi ciasto, sieka grzyby, wreszcie lepią, lecz nie uszka a prawdziwe – uszy. Trudno jednak zrobić dla 150 żołnierzy potrzebną ilość mikroskopijnych pierożków, tym bardziej, że wszyscy pracują.

Przywiozłem piwo, bułki… Są bardzo ładne i w pokaźnej ilości 187 sztuk, ale zdaje się, że piekarz domieszał nieco gorszej mąki. Trudno go upilnować, a już jeśli ktoś ma możność i chce ukraść, to ukradnie na pewno.

Na skutek rozkazu z dywizji sierż. Mozoł odszedł do 5 dyw. piechoty. Rozgoryczony ogromnie na 19 pułk, twierdzi, że w „dziewiętnastce” każdego „galileusza” tak „wykiwają”. Ja jednak odetchnąłem, gdyż u nas takich morowych „jednorocznych” nie trzeba. Niby inteligentny i patriota, ale różnice dzielnicowe akcentuje okropnie.

Kutja była gotowa na rano, lecz miałem z nią kłopot nielada: oto do ostatniej chwili myślałem, że ot, po prostu gotuje się pszenicę i koniec, tymczasem przed samym włożeniem do kotła powiedziano mi, że ziarno przed gotowaniem trzeba „obetrzeć” z łuski. Ja do młyna, a młyn nieczynny – prądu brak. Wysłałem więc ekstra furę z 4 żołnierzami do młyna w Chilczycach, o 5 kilometrów od Złoczowa i oni to po 3 godzinach przywieźli mi gotową pszenicę. Po ugotowaniu kazałem ją włożyć do balji i dwu blaszanych skrzynek, aby opróżnić kocioł na przyrządzenie barszczu, a dopiero nad wieczorem – uszek, tj. pierożków.

Koło południa przywiozłem z prowiantury baonowej podarunki przysłane dla pułku przez Gródek Jagielloński. Paczek było na naszą kompanię 133, tak że po Wigilji rozdawano je po 2 na 3 żołnierzy. Zawartość nawet dobra: paczka owinięta w płótno lub flanelę na onuce, wewnątrz pudełko sardynek lub tabliczka czekolady, tytoń lub 20 amerykańskich papierosów, kalendarzyk, świeca, zapałki, czasami igły i guziki.

Żołnierze bardzo byli zadowoleni z podarunków, ale lepiej byłoby, gdyby na każdego wypadła jedna paczka. Podziały nie zawsze zadowalają.

Wigilia była naznaczona na godzinę 18-tą. O tej porze zawiozłem do kompanii potrawy wchodzące w skład wieczerzy i częściowo rozdałem strucle i podarki. Potem nadszedł ppor. Wolfart, przywitał się, zaczął przemowę, ale rychło zboczył na tory osobiste i począł kompanii czynić wymówki – co było nie na miejscu w taki dzień – gdy nadszedł kpt. Żongołłowicz. Ten też przemawiał, przyczym treścią obu tych wynurzeń było, że on nie wierzy w pokój i sądzi, że gdy dojdzie do walki – 2 kompania podtrzyma swą tradycję. Entuzjastyczny okrzyk: „niech żyje nasz kapitan”! zakończył jego mowę. Wyszedł.

Dowódca kompanii zaczął na nowo:

- wobec nastroju, jaki zapanował, zaznaczę tylko tyle, że życzę wam przy dzisiejszym uroczystym dniu, abyście nadal byli… żołnierzami – w całym znaczeniu tego słowa. I życzę wam wszystkim tylko tego, czego każdy z was sobie życzy… Któryś z podoficerów wstał i krzyknął:
- niech żyje nasz dowódca kompanii! Wszyscy wstali z miejsc i okrzyk jak grzmot trzykrotnie został powtórzony:
- niech żyje 19-tka! Niech żyje 2 kompania!

W imieniu całej kompanii dowódca łamał się opłatkiem ze starszymi podoficerami; ze mną pierwszym, jako bezpośrednim zastępcą dowódcy. Ścisnął mi rękę mocno i ucałował serdecznie. Wymówiłem tylko: „abyśmy na przeszły rok w domu byli”…

Łzy mi w oczach stanęly, jak przed kwadransem, kiedy kpt. Żongołłowicz wezwał do siebie tych z Bartatowa, aby się z nimi przełamać opłatkiem. Ech, tyle chwil minęło bezpowrotnie, już trzy Wigilje w wojsku: jedna w Morgach Jagiellońskich, druga w Tarnopolu, trzecia tu.

Skończyło się łamanie opłatkiem i plutony zaczęły wychodzić po barszcz z uszkami, ale narzekali poszczególni żołnierze, że pieprzne. W dodatku urwis P. do kilku pierożków włożył zamiast grzybków – pieprz. Po barszczu i śledziach wędzonych przyszła kolej na kutję. Dano każdemu po chochli i jeszcze zostało się na „parol”, ale chłopcy siedzieli z rozdętymi brzuchami i nawet zasadniczej porcji nie dojedli. Podobno pierwszy raz w wojsku najedli się do syta… ale myślę, że to był żart.

W międzyczasie plut. Berendt, który już był wstawiony, wyskoczył przed ławki zajęte przez żołnierzy i najpierw wzniósł okrzyk za dowódcę kompanii, a potem, wpadając w pijacki entuzjazm, rozkrzyżował ramiona, przechylił się w tył i z płaczem wołał:

- Niech żyje Wódz nasz, Józef Piłsudski, który Polskę zrobił, popełnił!... Ja to wiem, ja, który już od 14-go, już od 16-tego roku służę…

Krzyczeli: „niech żyje”, ale widziałem uśmiech na twarzach żołnierskich i sam czułem niesmak tego wystąpienia. Wszak Piłsudski dla tych żołnierzy jest tylko mitem, nieznanym mitem.

W czasie rozdawania kutji był na sali i dowódca pułku, pułk. Kawka (ma ładną żonę) dzielił się opłatkiem z wieloma żołnierzami, do każdego z nich coś mówił, wzięto go potem na „hurra” i, rzecz charakterystyczna, po opuszczeniu go na ziemię – pomacał się po kieszeniach! Nie dowierza nam i… całkiem słusznie.